Lisa De Jong „Kiedy pada deszcz”. Czasami trzeba pokochać kogoś innego, by móc iść do przodu.

Drukowanie
Tytuł: Kiedy pada deszcz
Autor: Lisa De Jong
Ilość stron: 422
Wydawnictwo: Filia

Kate Alexander kochała jednego chłopaka. Odkąd sięga pamięcią, Beau Bennett był jej najlepszym przyjacielem. I to właśnie jego kochała całą sobą. Kochała go zanim wszystko się zawaliło. Kiedy życie pokazało jej jak ciężkie potrafi być. Chłopak chciał jednak od Kate czegoś więcej. Jednak dziewczyna nie potrafiła mu powiedzieć dlaczego nie może z nim być. Nie umiała tego zrobić kiedy jej życie zostało po prostu zniszczone. Nie wiedziała jednak jak bardzo go potrzebuje, zanim Beau nie wyjechał. Została sama ze swoją przeszłością i zranioną duszą. Tyle tylko, że pewnego dnia w mieście pojawił się on. Asher Hunt. Chłopak o ciemnych, urzekających oczach i zarozumiałym uśmiechu, który tchnął w nią nowe życie i pomógł jej na nowo pokochać deszcz. Pomógł jej znowu poczuć życie. Kate była zraniona, a on ją uratował. Co jednak będzie z jej uczuciami do Beau? Co z życiem Kate? Co będzie z Asherem?

 

Lisa De Jong oficjalnie zasługuje na tą samą półkę co Kim Holden.  W zasadzie mogłabym na tym zakończyć całą recenzję, bo po co mówić więcej. Skoro coś miażdży uczucia czytelnika jak zrobił to Promyczek, to wszystko jest jasne. Ale przecież wam tego nie zrobię. Bo dlaczego miałabym być takim bucem? Zatem cofnijmy się do początku. I od razu uprzedzam, że pojawią się częste porównania do książki Holden.

Zatem…jeśli szukacie książki, która będzie was bolała od samego początku – gratulacje, właśnie ją znaleźliście. W porównaniu do tego co dostaliśmy w Promyczku, jest źle od początku.Przy czym źle, nie mam na myśli faktu, że książka jest beznadziejna. W żadnym wypadku. Zaczyna się od tragicznego wydarzenia, które kładzie się cieniem ciężkiej traumy na życie Kate Alexander. To ciągnie się za nią naprawdę długo i boleśnie zmienia jej życie. Zmienia ją samą. I tutaj uwaga dla was – to wydarzenie jest na samym początku książki i zostało tak opisane, że naprawdę może was zaboleć. Dalej jednak jest lepiej. Może trochę łagodniej. Czyta się wszystko świetnie, nawet mimo bólu – chyba jakiś czytelniczy masochizm – ale najważniejsze jest to, że dziewczyna zostaje uratowana.

No właśnie. Beau to miłość Kate, która trwała do momentu gdy jej życie się w pewien sposób skończyło – wiem, powtarzam się – a kiedy chłopak wyjechał, dziewczyna została z tym sama. Beau od początku jawił mi się jako idealny przyjaciel, uroczy i ciepły, taki jakiego potrzebuje każda dziewczyna. Z kolei kiedy pojawił się Asher, miałam na początku wrażenie, że powinnam do niego podejść i strzelić go w twarz, bo poważnie mi nie pasował na linii Kate – Beau. Szybko jednak moja perspektywa zmieniła się tak diametralnie, że sama była zaskoczona. Nagle nie byłam w stanie zrozumieć dlaczego Kate tak bardzo kocha Beau, dlaczego dzieje się to co się dzieje i co to w ogóle ma być?!

Rozdzieraniu mojego zielonego serducha nie było końca, działy się rzeczy złe, trudne do ogarnięcia życiowo i przede wszystkim trudne dla wszystkich, których jednak Asher zauroczył sobą. Oj lały się łzy, lały się mocno.

Oczywiście Kiedy pada deszcz nie jest książką bez wad, tyle tylko, że to wady, na które można bez problemu przymknąć oko. Oczywiście lepiej czytałoby się całość, gdyby rozdziały były podpisane czyją perspektywę przedstawiają – tak jak to miało miejsce w Promyczku czy chociażby Układzie i Błędzie od Kennedy. I w zasadzie historie można było opisać nieco szerzej i dokładniej. Ale jak napisałam wcześniej, na to można przymknąć oko i po prostu wyć z rozpaczy.

I przyznaje się. Płakałam. Normalnie bym się nie przyznała, ale ja się po prostu starzeje i tyle. Książkę gorąco polecam wszystkim, którym podobał się Promyczek Kim Holden i Układ Elle Kennedy.

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Filia.

 

 

Hasacz.

Reklamy

Raphael Montes „Dziewczyna w walizce”. Nie usiłujcie zmieniać kogoś, kto unika tłumów.

130_6f77834fdcbb3d5e3da8c1cd19e88d15_b
Tytuł: Dziewczyna w walizce
Autor: Raphael Montes
Ilość stron: 356
Wydawnictwo: Filia

Teo Avelar to stroniący od ludzi i tłumów student medycyny. Woli naukę w zaciszu swojego pokoju, spokój i stateczność swojego życia. Jednak wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie w momencie gdy przychodzi mu poznać przebojową i śmiałą Clarice. Łączy ich niesamowita więź i uczucie godne najgorętszego romansu. Tyle tylko, że niewiele później Teo zaczyna mieć niezdrowe wrażenie, że Clarice zaczyna mu się wymykać. Mężczyzna nie ma innego wyboru. Musi działać i zrobić coś by jego ukochana go nie opuściła. Nigdy. Czy to uczucie jest zdrowe?  Co tak naprawdę Teo czuje do  Clarice? Czy kobieta sama popchnęła go do tego wszystkiego?

 

Droga do szczęśliwej miłości rzadko  przebiega bez komplikacji. No tak. Styczności ze wcześniejszą twórczością Montesa nie miałam i raczej nie będę się garnąć do bratania się z jego książkami. Z jednej strony czytałam Zaginioną dziewczynę, do której porównania jest książka i mocno musiałam się zastanowić czy autor rzeczywiście chciał napisać thriller psychologiczny, kryminał czy cokolwiek innego, co nie byłoby powieścią obyczajową z wątkiem choroby psychicznej. A miałam naprawdę wielkie oczekiwania względem tego tytułu. Tyle tylko, że mniej więcej w połowie książki wszystkie nadzieje upadły. Nie wspomnę o zakończeniu, które po prostu…tak.

Trudno mi było się wgryźć w lekturę, chociaż czysto teoretycznie naprawdę lubiłam tego typu książki. Niestety czasami następuje zmęczenie materiału i czytanie głównie kryminałów zaczyna boleć. W przypadku Dziewczyny w walizce, miałam mnóstwo momentów, gdzie trąciło mi innymi książkami typu wcześniej wspomniana Zaginiona dziewczyna czy Ostre przedmioty. Problem polegał na tym, że toksyczne związki i zbrodnia to nic nowego, a do tego autor źle wykreował bohaterów, żeby obsadzać ich w takich a nie innych rolach. Teo wydawał się być zbyt silny psychicznie na to by ulegać Clarice, a ona z kolei nie wydawała się osoba, która mogłaby popaść w paranoje czy jakąś chorobę psychiczną.

W ogóle do całości nie pasowało zakończenie, które całkiem odbiegało od reszty książki. Te opisy, brak jakichkolwiek przejmującej akcji i suspensu. Sugerowanie się blurbami na tyle okładki było tak błędne, że tylko można żałować,ze się je przeczytało. Ból i zgroza. Tyle.

 

Czy polecam? Podejrzewam, że ktoś kto nie popadł w kryminalny marazm jak to się dzieje w moim przypadku, książka się może spodobać – albo dać do myślenia, jak komu wygodniej.

 

Za książkę dziękuje wydawnictwu Filia.

 

 

 

Hasacz.

Jennifer L. Armentrout „Dark Elements. Arktyczny dotyk.”czyli plot twistów ciąg dalszy.

147_2e0dbceb37adff61f88a5d7903a95865_b
Tytuł: Dark Elements. Arktyczny dotyk
Autor: Jennifer L. Armentrout
Ilość stron: 556
Wydawnictwo: Filia

Layla Shaw stara się pozbierać do kupy sobie roztrzaskane życie. Nie jest to łatwe, szczególnie jeśli jesteś siedemnastoletnia laską, która przez trudne do oswojenia moce nie może być z chłopakiem, którego kocha. Dziewczyna była przekonana, że gorzej już być nie może i jej nieszczęście związane z przyszłością i brakiem kontaktu z niewiarygodnie przystojnym przyjacielem, Zaynem to wszystko co może się złego przytrafić. Tyle tylko, że niespodziewanie dla wszystkich jej moce zaczynają się zmieniać i przekształcają się do tego stopnia, że na horyzoncie pojawia się iskierka nadziei. Jednak nie tylko moce Layli się zmieniają. Nagle klan strażników, który od zawsze chronił dziewczynę, zaczyna skrywać przed nią niebezpiecznie sekrety. Do tego Layla nie potrafi przestać myśleć o Rocie, który rozumiał ją jak nikt inny. Kiedy jednak dochodzi do momentu kiedy Layla może zacząć znowu marzyć o spokojnej przyszłości czy miłości Zayna, Roth powraca do jej życia, przynosząc wieści, które na zawsze zmienią wszystko. Zwłaszcza los samej Layli. Czy dziewczyna będzie gotowa zapłacić cenę za własne szczęście, kiedy na ziemi rozpętuje się piekło, a liczba ofiar rośnie z każdym dniem?

 

Kiedyś moja ciekawość wpędzi mnie do piekła albo innego tragicznego miejsca, gdzie zostanę zabita przez głupotę głównej bohaterki czy coś podobnego. Zarzekałam się, że nie przeczytam więcej niczego od Jennifer L. Armentrout – a to za sprawą Ognistego pocałunku. Po prostu nie mogłam zdzierżyć Layli i jej tego weltschmerzu, którego wszyscy mieli jej współczuć, bo ona biedna nie może tego co by chciała, a potrzeby ciała to jednak takie ważne są i tak dalej. Ugh! Niech mnie ktoś strzeli w pysk. Przydałoby się.

W Arktycznym dotyku jednak nie było tak źle jak się obawiałam. Layla była irytująca, ale już nie tak bardzo jak w pierwszym tomie. Zdarzały się nawet momenty kiedy przestawało mnie boleć to jak jest durna i w jakie kłopoty się pakuje. A dlaczego przestawało mnie to wkurzać? Głównie dlatego, że trochę jej współczułam. Taki syf jaki zrobił się z jej życia w dość krótkim czasie naprawdę potrafi zmienić i zniszczyć człowieka. I już nawet nie patrzyłam tak krytycznie na to jak płytki był jej sposób myślenia i na ten nieszczęsny trójkąt miłosny, w który się wpakowała jeszcze w pierwszym tobie. Zayne – borze tucholski, to imię będzie mnie prześladowało jak zły omen – jak się okazało wcale nie był takim bucem za jakiego go miałam, co działa na plus dla książki. Roth zaczął trochę przeszkadzać w całej fabule i w tym, żeby zmięta życiowo Layla mogła się trochę ogarnąć.

Autorka trochę się podciągnęła w pisaniu, ale nie powiem, żebym dalej kochała tą serię. Dlatego przyjdzie poczekać na trzeci tom i zobaczyć co ta Jennifer wymodzi. Finalnie mogę powiedzieć to samo co napisałam w przypadku Ognistego pocałunku. Jeśli podobała się wam seria Lux, to i Dark Elements przypadnie wam do gustu i może nawet będzie to coś więcej niż tylko kolejne romansidło dla ubogich umysłowo.

 

Albo po prostu to ja mam problemy z emocjami :3″

 

Za książkę gorąco dziękuję wydawnictwu Filia.

 

 

Hasacz.

Przedpremierowo: Remigiusz Mróz „Trawers”. Time to say goodbye czyli o III tomie z komisarzem Forstem.

trawers,big,634323
Tytuł: Trawers
Autor: Remigiusz Mróz
Ilość stron: 571
Wydawnictwo: Filia
Premiera: 18 maja 2016

Jak cienka jest granica między dobrem a złem? Ile dobrych ludzi trzeba, żeby doszło do tragedii? Grupa uchodźców miała zatrzymać się w Kościelisku tylko na trzy dni. Wójt zakwaterował ich w sali gimnastycznej, czekając aż rząd znajdzie dla nich stałe miejsce zakwaterowania. Sytuacja ulega dramatycznej zmianie, kiedy  na szlaku prowadzącym na Czerwone Wierchy przypadkowy turysta zostaje odnaleziony martwy. Ciało zostało bestialsko okaleczone, a w ustach miał syryjską monetę. Rozpoczyna się medialna nagonka, bo ludzie obawiają się, że Bestia z Giewontu powróciła, a na domiar wszystkiego…śledztwo rozpoczyna Dominika Wardyś-Hansen.Tymczasem Wiktor Forst…nasiąka nowym otoczeniem i jego prawem, nie mając pojęcia, że gdzieś tam…czeka ktoś na jego ratunek.

 

Pożegnania są trudne. Szczególnie, kiedy przychodzi się pożegnać z tak genialną postacią jaką jest Forst. Od Ekspozycji, której  ostatnie 20 stron zostawiło mnie z rozdziawionym paszczem, przez Przewieszenie, którego zakończenie było po prostu…woah. A teraz Trawers. Mam do tej książki bardzo mieszane uczucia, bo z jednej strony czekałam na tą książkę jak Anders Breivik na wyrok sądu norweskiego, ale z drugiej…kiedy już dostałam książkę w swoje ręce…dopadł mnie werteryzm tak silny, że nie wiedziałam czy czytać czy płakać. Ale do rzeczy.

Spodziewać się można wszystkiego po Mrozie, a szczególnie tego, że uśmierci wasze ulubione postaci. Cały on. Możecie się też spodziewać, że autor wplecie w dialog dwóch postaci wasze określenie, które gdzieś wam się udało dopasować do Forsta, jak tu:

13220990_605327946288375_4913126593106215361_n
Góralski drwal – hy hy …

Albo po prostu liczyć, że autor się nad wami ulituje i wszystko skończy się dobrze. Niestety dla siebie – poza momentem totalnego zdziwienia przy powyższym dialogu – akcja była niemal oczywista i żeby było jeszcze gorzej, zwłaszcza dla mnie, od połowy Przewieszenia, domyślałam się kto zabija, a raczej kim jest Bestia. Kiedy padło w końcu rozwiązanie w Trawersie…nie byłam zaskoczona. Oczywiście Mróz przechodzi samego siebie w narracji, tworzeniu napięcia i tak dalej. Suspens i splendor murowane. I tak jak dla innych zakończenie jest wielkim BUM! Tak w moim przypadku było za łagodne i zbyt…normalne? To dobre określenie jak na twórczość Remigiusza Mroza, który większość swoich czytelników zaskakuje i zachwyca. Liczyłam na krew, flaki i martwe prostytutki…dostałam melodramat.

Finalnie Trawers to genialne zakończenie trylogii, ale zakończenie samego tytułu było małym rozczarowaniem. Jednak niezależnie od tego co napiszę o tej książce, musicie ją przeczytać. Chociażby dla pozostałych 568 stron.

Gratulacje dla autora, który dał nam – czytelnikom – komisarza Forsta. Człowieka, który jest połączeniem McGivera, Tyriona Lannistera z domieszką dothrackiego wojownika i ma dupę ze spiżu!

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Filia.

 

 

Hasacz.

Przedpremierowo: Rachel Abbott „Obce dziecko”.

maxresdefault
Tytuł: Obce dziecko
Autor: Rachel Abbott
Ilość stron: 447
Wydawnictwo: Filia [ Mroczna Strona ]
Premiera: 27 kwietnia 2016

Czasem dobry ludzie…robią złe rzeczy.

Kiedy Emma poznała swojego męża, Davida, był wrakiem człowieka. Jego poprzednia żona zamordowana, a sześcioletnia wówczas córeczka, zniknęła bez śladu z miejsca wypadku. Sześć lat później kobieta przekonana jest, że lata pełne bólu i rozpaczy mają już za sobą. W końcu ich życie zaczęło się układać od nowa, zaznali szczęścia i los obdarzył ich prześlicznym synkiem Ollim. Jednak pewnego dnia, w ich życie wtargnęła osoba, która sprawiła, że cała ciężko wypracowana sielanka, rozpada się i znów ich życie zmienia się w koszmar. Emma już nie czuje się bezpieczna, boi się o życie swojego syna, a jej mąż…czy powiedział jej prawdę o tym co stało się z jego żoną i córką? Co tak naprawdę wydarzyło się te sześć lat wstecz? W kacie desperacji Emma odzywa się do swojego starego przyjaciela, inspektora Toma Douglasa – czym naraża wszystkich na śmiertelne niebezpieczeństwo i doprowadza do tego, że misterna sieć kłamstw, w którą został wciągnięta…niedługo się rozpadnie.

 

Teraz powinniście usłyszeć jak klaszczę nad książką Rachel Abbott. Początek książki może nie należy do zbyt oryginalnych. Dramatyczna chwila, w której kobieta rozmawia z kimś przed telefon i dochodzi do tragedii. W tej samej chwili znika mała dziewczynka. Drugi rozdział to akcja po sześciu latach od prologu, który porządnie nastraja czytelnika do dalszej lektury. Emma poznaje zniszczonego psychicznie mężczyznę imieniec David, który stracił ukochaną żonę i córeczkę. Przy życiu utrzymuje go jedynie myśl, że jego córka nadal gdzieś żyje i ma się dobrze. Kobieta chcąc pomóc mężczyźnie zbliża się do niego i w ten sposób, ich życie odzyskuje spokojny tor, do którego los dodał małego berbecia. Wszystko ładnie, pięknie. Tylko nagle ta cienka nić szczęścia pęka i wracają koszmary, których tak chciał pozbyć się David. Emma zaś czuje się zagrożona i boi się o swojego syna.

Akcja rozwija się dość dramatycznie i szybko, pędząc przez całą książkę na złamanie karku. Im dalej w treść książki, tym trudniej się oddycha i nie da się tego po prostu odłożyć. Czytając prozę Abbott miałam wrażenie, że ktoś wziął najlepsze klimaty Kinga, geniusz narracji Charlotte Link i wymieszał z brytyjskim dramatyzmem. W efekcie czytelnik dostaje doskonały thriller psychologiczny, który przyprawia człowieka z dobrą wyobraźnią nie tylko o dreszcze, ale i o mdłości. Szczególnie, kiedy wyobraża sobie zwłoki dziecka czy to co mogło się stać z zaginioną dziewczynką. W pewnych momentach książka jest ciężka i przytłacza klimatem, jednak to w moim odczuciu działa na ogromny plus, ponieważ wydarzenia opisane w książce nie należą do lekkich i przyjemnych. W żadnym wypadku, nie należy odczuwać pozytywnych emocji, podczas czytania tego co serwuje nam Abbott.

Zakończenie jest samo w sobie słodko- gorzkie, co trzeba przełknąć, jednak po tym co spotkało Emmę stwierdzam, że i tak skończyła naprawdę dobrze. Pozostaje mieć nadzieje, że wydawnictwo Filia podejmie się wydania kolejnych tytułów tej autorki.

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Filia.

 

 

Hasacz.