Anna McPartlin „To, co nas dzieli”. Czy warto naprawiać błędy? Zwłaszcza te z przeszłości?

to-co-nas-dzieli_9788327628381Tytuł: To, co nas dzieli
Autor: Anna McPartlin
Ilość stron: 416
Wydawnictwo: HarperCollins Polska

 

Ostatnimi czasy nie mam za wiele czasu na to, żeby przysiąść i porządnie napisać cokolwiek o książkach, które – cudem – mogę czytać mimo pracy. Powoli też rozważam wycofanie się z jutuba, bo to jest jakiś gnój i nie da się być sobą. Jednak pomijając durny wstęp, Anna McPartlin ponownie napisała książkę, która miała działać na człowieka jak typowy, (h)amerykański wyciskacz łez. Niestety. Bo nie lubię się bardzo z takimi książkami. Nie wiem czy jej głównym zamysłem było poruszanie wątku utraty bliskiej osoby, która albo ociera się o śmierć albo już się przekręciła, ale ten sam temat w każdej książce jest trochę…słaby. I przejada się.

 

To, co nas dzieli to historia przyjaciółek Eve Hayes i Lily Brennan, które – jak się wydawało nawet im samym – były nierozłączne. Jednak kiedy miały po osiemnaście lat, w wakacje wydarzyło się coś, co zniszczyło tę przyjaźń.
Po latach Eve Hayes – znana projektantka biżuterii – powraca na stałe do Dublina, gdzie usiłuje odnaleźć swoją dawną przyjaciółkę, by naprawić ich relację. Problem w tym, że Eve nie jest w stanie natrafić na żaden ślad przyjaciółki. Do czasu, kiedy kobieta ulega poważnemu wypadkowi. To wtedy okazuje się, że Lily Brennan – jej dawna przyjaciółka – pracuje tam jako pielęgniarka. Dopiero wtedy kobiety mają sposobność do rozmowy i wyjaśnienia spraw z przeszłości. Pytanie tylko czy rzeczywiście da się wszystko naprawić? Czy czas leczy rany?

 

Typowo dla siebie, Anna McPartlin poczyniła książkę poruszającą i traktującą o tym jak cenna jest przyjaźń. Trudno jest oceniać pracę autorki, która pisze głównie po to, żeby ludzie ronili rzewne łzy nad jej pisaniem. Kreacje postaci pozostały całkiem ludzkie, nie zionęły płaską, papierową formą – co się teraz ceni, bo coraz mniej jest dobrych książek, które chciałoby się czytać. Nie mówiąc o tym, że teraz nie ma już prawa do własnego gustu literackiego, bo ktoś się na ciebie rzuci z klawiaturą.

Pomijając jednak fakt, że autorka zaczyna się powoli powtarzać, książka była udana i chociaż nie trafiła mnie w ten sposób w jaki miała, mogę polecić ją z czystym sumieniem. Zarówno postać Eve, jak i Lily były bardzo dobrze wykreowane, chociaż momentami dialogi Lily z dziećmi były trochę sztywne. Generalnie mało teraz książek z dobrymi dialogami, które nie kuły by „książkowością”.

Mogłabym narzekać na zakończenie książki, albo na to jak bardzo autorka naciskała na to jak ważne jest posiadanie przyjaciół w życiu. Z własnego doświadczenia wiem, że można żyć dobrze, nie mając nikogo przy sobie. To, co nas dzieli to dobra książka – w moim odczuciu trochę przesadzona – ale nadal warto ją przeczytać i mieć na swojej półce.

 

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu HarperCollins Polska.

 

 

 

Hasacz.

Katie Khan „Zatrzymać gwiazdy”. Znowu Shakespeare maczał palce w głowie autorki.

6cbe8208d1-zatrzymac-gwiazdyTytuł: Zatrzymać gwiazdy
Autor: Katie Khan
Ilość stron: 368
Wydawnictwo: Zysk i ska

 

Jeśli jesteście ze mną jakiś czas, pewnie już wiecie jak bardzo nie lubię Shakespeare’a i jego twórczości. A wszystko co porównują ludzie ( lubię ich nazywać blurbistami-autorami ) do jego sztuk, napawa mnie wewnętrznym wstrętem. Albo nie ma we mnie romantyzmu, albo jest on poważnie wątły. Dlatego tak długo walczyłam ze sobą czy w ogóle pisać o książce Katie Khan. Zakazana miłość, utopia, kataklizmy i odbudowa świata? Gurl, aw hell naw!

 

Carys i Maxa – czyli głównych bohaterów książki – poznajemy w momencie kiedy znajdują się w przestrzeni kosmicznej ze świadomością, że za półtorej godziny czeka ich śmierć przez uduszenie. Para czeka na koniec, wspominając świat, który na dobrą sprawę nigdy nie był ich domem, a do którego nadal za wszelką cenę chcą wrócić.
W następstwie wojennego kataklizmu – proszę bardzo, znowu – który spustoszył US and A oraz Bliski Wschód, w Europie zapanował utopijny ustrój społeczny, oparty na tak zwanej Rotacji. Przewiduje ona, że co trzy lata, obowiązkowo obywatele zmieniają miejsce zamieszkania, przenosząc się do innych, wielokulturowych społeczności, gdzie życie toczy się wokół własnych, indywidualnych celów. W takim właśnie „raju” Max spotyka Carys i natychmiast rodzi się między nimi uczucie. Uczucie, które nie ma racji bytu.

 

 

Z jednej strony jestem książką zachwycona, ale z drugiej po prostu…niesmak pozostał. To przeklęte porównanie do Romea i Julii mnie prześladuje, a ja tak strasznie nie lubię Shakespeare’a…

 
Co nie zmienia faktu, że wizja pary, którą czeka niechybna śmierć jest całkiem świeża. Tak w ogóle. Dodatkowo przyznam szczerze, że trochę mi to wszystko woniało pretensjonalnością ustrojową. Jednostka w centrum? Nie bardzo. Nadal jednak muszę przyznać, że gdyby forma narracji była trochę inna ( może bardziej dopracowana), czytałoby się to lepiej. Poza tym, Katie dała radę.

Max był trochę zbyt rozentuzjazmowany w stosunku do tego całego uczucia, które tak w niego uderzyło na widok Carys. Ona była tą bardziej ogarniętą emocjonalnie częścią w związku? Generalnie kreacje postaci były trochę przesadzone, ale nadal przyznam szczerze, że to było coś świeżego, przyjemnego i niesamowitego. Inaczej nie umiem tego określić. I chociaż zakończenie jest naprawdę niecodzienne – stwierdzam jedno. Autorka bardzo połechtała moją potrzebę przeczytania czegoś destrukcyjnego – nawet jeśli jej język był momentami zbyt wyniosły (?).

 

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i ska.

 

 

 

Hasacz.

 

 

Jessica Sorensen „Przyszłość Violet i Luke’a”. Bolesny Happy End bez Happy Endu?

Przyszloscvioletiluka_500_67Tytuł: Przyszłość Violet i Luke’a
Autor: Jessica Sorensen
Ilość stron: 237
Wydawnictwo: Zysk i ska

 

O Jessice Sorensen mogę powiedzieć wiele. Na przykład to, że kobieta nie boi się pisać o związkach, które dla wielu ludzi wydają się być nienaturalne. Autorka ma rozmach większy od Greorge’a R.R. Martina, mając w statusie „on going” kilka serii wydawniczych ( ze dwie, czy cuś). I żeby nie było. Nie mogę powiedzieć, że jest noblistką, ale jej książki mają w sobie coś z czytelniczego masochizmu. Głównie dlatego, że jej postaci nie mają łatwego żywota w książkach, a czytanie o tym naprawdę może boleć. W zależności od poziomu waszej empatii ( mój z jakiegoś powodu ciągle rośnie..).

 

Violet i Luke nie widywali się przez kilka miesięcy, odkąd odkryto powiązanie matki chłopaka z morderstwem rodziców dziewczyny. Jednak los popchnął ich ku sobie, kiedy Luke wpadł w tarapaty grając z niewłaściwymi ludźmi w pokera ( I mean..dude..). Z jakiegoś powodu Violet nie może zostawić Luke’a z jego kłopotami. Co więcej, im dłużej Violet przebywa z dawnym ukochanym, zaczyna się zastanawiać czy powrót do Prestona nie był błędem. Wszystko zaczyna iść w dobrym kierunku, Violet otwiera sięcoraz bardziej przed Lukiem, ale wtedy kontaktuje się z nią detektyw, który przekazuje jej najnowsze informacje o postępach w śledztwie. Ma także wieści o Mirze Price i groźbach, które dziewczyna dostawała w SMS-ach. Violet nie wie już kim byli jej rodzice i czy kiedykolwiek będzie w stanie komuś zaufać.

 

W kontynuacji losów Violet i Luke’a, Sorensen pokazuje do czego może się posunąć, jednocześnie w jakiś sposób rekompensując tragiczne wydarzenia z życia bohaterów. Ale zgadnijcie co? JA I TAK NIE JESTEM ZADOWOLONA! Owszem, autorka potrafi pisać dobrze i działa to na tych czytelników, na których ma działać, ale to nie zmienia faktu, że tyle cierpienia na dwie postaci to stanowczo za dużo.

I przepraszam bardzo, ale to co jest za liczba stron? Dlaczego ta książka jest taka krótka? Wprawdzie byłam na to przygotowana, bo po przeczytaniu poprzednich jej książek o Elli i Michcie, zaopatrzyłam się w te książki po angielsku i stwierdzam jedno. Autorka jest w pewien sposób sadystką. Znęca się nad postaciami i nad czytelniczkami swoich książek, a potem jeszcze się dziwi, że ludzie do niej piszą maile, że ma dać słodki, cukierkowy happy end każdej parze, o której przyszło jej napisać. Przypadek? Nie sondze!

 

POZA TYM! Historia Violet i Luke’a to naprawdę kawał potężnego i emocjonalnego kopniaka w brzuch, ale jednocześnie jest w tym coś niesamowitego. W sumie dlatego zgodziłam się napisać na to rekomendację, bo mimo tragicznych przeżyć jakie serwuje im autorka to nadal w pewien sposób ciepła i dająca nadzieję na lepsze jutro książka – niezależnie jak głupio to brzmi. Poza tym – hej – każdy ma prawo do własnej interpretacji książki. Ja jestem tylko jeną osobą, to moje indywidualne podejście do twórczości Sorensen.

 

 

Za możliwość napisania blurba i egzemplarz w wersji polskiej dziękuję wydawnictwu Zysk i ska.

 

 

 

 

Hasacz

Piotr Zaremba „Zgliszcza”. Czegoś takiego jeszcze nie czytałam!

862b1846c8e44c08b054418e759983a4Tytuł: Zgliszcza
Autor: Piotr Zaremba
Ilość stron: 875
Wydawnictwo: Zysk i ska

 

Są rzeczy, których nie da się wyjaśnić normalnie. Tak samo jak nie potrafię wyjaśnić od jakiej książki zaczęła się moja miłość do książek historycznych. Owszem, jestem wybredną bułą i nie każda powieść mi przypasuje. Powody są różne, tak jak czytelników jest miljon i nikt tego nie zmieni. Nie da się każdemu dogodzić. Jednak przyznam szczerze, że Piotr Zaremba zrobił robotę jeśli chodzi o konstrukcję zarówno historyczną jak i tą fikcyjną. Co wszystko jest pięknie wyjaśnione w posłowiu od Autora. I chociaż długo mi zeszło zebranie swojego grubego jestestwa do napisania czegokolwiek na ten temat.

 

Powinnam zacząć od tego, że książka pisana jest bardzo specyficznym językiem, który nie każdemu może przypasować. Jednocześnie jeżeli mieliście trudność z omawianiem komunizmu w szkole, możecie mieć problem z przyswojeniem miljona wiadomości i faktów zawartych w powieści Zaremby. Dlaczego? Ano dlatego, że całość powieści rozgrywa się na przełomie lat 1945-1956 i wszystko kręci się dookoła polityki jaką chce się uprawiać w powojennej Polsce, którą bardzo ładnie nazwano :cmentarzem:. Polityka ta miała na celu powstrzymanie rozwoju hydry jaką był w ten czas komunizm.

 

Zgliszcza to potężna bestia, licząca ponad osiemset siedemdziesiąt stron, pełnych niesamowicie poprowadzonej akcji, świetnie wykreowanych postaci, które nota bene mają prawdziwe twarze. Tak między bugiem a prawdą, książkę poleciłabym tylko miłośnikom powieści historycznych. Przyczyna jest prosta. Publikacja jest bardzo specyficzna i to jest komplement.

Zapewnianie pamięci pewnym wydarzeniom, osobom i ustrojowi, a wszystko to ubrane w nietuzinkowy i naprawdę niesamowity sposób narracji. Bo chociaż dzieckiem komunizmu nie jestem ( urodziłżech się za późno…), nadal mam cynk, że książka ma w sobie to coś.

Nie potrafię dokładnie sprecyzować co tak bardzo spodobało mi się w powieści, ale jednocześnie nie chcę tego określać. Całość jest genialna w swojej złożonej istocie i polecam KAŻDEMU, kto czyta powieści historyczne. Szczególnie, że całość książki dzieje się w nie tak dawnej przeszłości. Nie wiem dokładnie co autor chciał osiągnąć, ale w moim odczuciu, ostatecznie stworzył kawał porządnej lektury na kilka wieczorów ( w zależności jak szybko czytacie).

 

Mam takie małe marzenie, żeby było więcej takich książek…

 

 

 

Za swój egzemplarz dziękuje wydawnictwu Zysk i ska.

 

 

 

Hasacz.

Tillie Cole „Tysiąc pocałunków”. Niesmak pozostał?

tysiac-pocalunkow-b-iext48372902Tytuł: Tysiąc pocałunków
Autor: Tillie Cole
Ilość stron: 435
Wydawnictwo: Filia

 

Trudno jest znaleźć dobrą książkę, która mówiłaby o miłości i nie wykorzystywała schematów utartych do suchej ziemi. Tillie Cole to kobieta, której powinno się zabronić pisania książek z gatunku dark erotic. Jednak w przypadku książek obyczajowych nie wychodzi jej to tak źle. Chociaż po tym co zobaczyłam na Lubimy Czytać, zaczęłam się zastanawiać co trzeba by było zrobić, żeby ludzie przestali się tak bardzo rzucać o takie rzeczy jak użyty schemat w książce? I dlaczego mniej osób czepia się gorszych książek? Bo w sumie Tillie Cole wychodzi lepiej pisanie nieerotycznych książek, które macają się po schematach, aniżeli pisanie czegoś takiego jak Raze ( jeśli pamiętam tytuł ).

 

W Tysiącu pocałunków mamy rzeczywiście poruszony bardzo zużyty motyw. Rune – chłopak z Norwegii, wraca po latach do Blossom Grove w Georgii, gdzie w dzieciństwie poznał Poppy. Drugą połową swojej duszy, miłością swojego życia – i wszystkim innym przymiotnikami opisującymi najważniejszą osobę. Chłopak jednak nie ma pojęcia co doprowadziło do tego, że jego ukochana Poppy zerwała z nim kontakt i od dwóch lat nie zamienili słowa. Już raz jego serce zostało złamane. Jednak kiedy przyjdzie mu się dowiedzieć o tym co zmusiło dziewczynę do odcięcia się od niego, jego serce rozpadnie się ponownie.

 

Miałam sposobność czytać tę książkę po angielsku i przekonać się, że nawet odrobinę stylem, Tysiąc pocałunków przypomina Promyczka. Ten sam motyw odrzucenia, a jednocześnie szukania samych pozytywnych stron życia. Plus – trochę dziwnie czytało się te wszystkie wstawki o niebie, przechodzeniu duszy do nieba i modlitwach w duchu do Boga. Nie to, że mam coś do osób wierzących, bruh, chill. Tylko chodzi o to, że to było trochę przesadzone.

Tak jak odrobinę egzaltowane było zachowanie bohaterów w przypadku każdego kontaktu fizycznego i całego rozmawiania o przyszłości, która koniec końców miała dla jednego z nich nie nadejść nigdy. Nie był to dla mnie specjalnie wielki minus tej książki, ale autorka mogłaby zaczerpnąć z lepszego schematu, jeśli już musiała cokolwiek łapać za giczoła. I tak, książka wzrusza, jest wyciskaczem łez – chociaż nie płakałam jak w przypadku wcześniej wspomnianego Promyczka, tak nadal uważam, że trzeba potrafić pisać, żeby wzbudzić we mnie takie emocje i doprowadzić do zeszklenia się moich paczałków.

 

Całościowo Tillie Cole nadal ma u mnie bana na pisanie książek erotycznych i około erotycznych, ale jak już chce wydawać takie rzeczy jak Tysiąc pocałunków to szybciej się doszkoli z tworzenia mniej pretensjonalnych i egzaltowanych postaci. Bardzo na plus, że nie chodziło o seks i tak dalej, a o uczucie i spełnienie marzeń.

Więcej nie napisze, bo spoilery i ból świata.

 

 

Za książkę w języku polskich dziękuje wydawnictwu Filia.

 

 

Hasacz.