Premiera: Sandra Nowaczyk „Fake it”. „Then let’s try our very best to fake it”.

fake-it-w-iext52162364Tytuł: Fake it
Autor: Sandra Nowaczyk
Ilość stron: 288
Wydawnictwo: Feeria Young

 

UWAGA! Zamierzam w tym tekście być bardzo szczera, a co za tym idzie, niektórzy mogą poczuć się urażeni.

Po pierwsze: Książki, które mają mniej niż trzysta stron, w moim odczuciu skazane są na zgubę. A kiedy te krótkie książki pisane są przez nastolatki, mój mózg zaczyna się przegrzewać z irytacji – dobra sprostowanie, jego resztki. Żyjemy w czasach, kiedy każdy może wydać książkę. Dlatego na rynku utrzymuje się taka – żę się tak wyrażę – Ałtor Kasia. Inna rzecz, że książka, na którą dzisiaj będę narzekała, wciąż jest napisana lepiej niż książki Michalak, ale to nie zmienia faktu, że wiele rzeczy w niej mnie mierziło.

 

Nie będę robiła żadnego skrótu fabularnego. Nie czuję takiej potrzeby. Autorka urodziła się w 2000 roku. I mimo zapewnień, że książki zawsze były jej pasją, mam nieodparte wrażenie, że łże ( jakbyście mnie widzieli podczas pisania tego tekstu, to dostałabym chyba Złotego Buca za przeklinanie pod nosem). Autorka usiłowała napisać książkę w młodzieżowym języku, ale albo jej to nie wyszło, albo to wina tego, że czytam za mało książek polskich autorów. Ewentualnie dziewczyna trochę przesadziła.

 

W ogóle nie przekonywała mnie Sparks ani jej „analityczny umysł”. Nic w tej bohaterce mnie nie przekonało. Była tak papierowa jak cała ta książka. Indie wydawała się od początku do końca wynikiem przemocy, ale spoko – no spoilers. Taki pro tip dla autorki: choćbyś się zapierała rękami i nogami, nie powiesz mi, że młodzież używa takiego języka. Nie w tym wieku. Poza tym cała ta książka była tak boleśnie naciągana, tak sztuczna, że miałam ochotę załamać ręce. Rozumiem, że inni będą pisać ” Ej hasacz, ale wolność twórcza itp”, ale mnie to nie przekonuje. Tak samo ja to, że autorka jest młoda. Jak już się decyduje na pokazanie światu/Polsce to chociaż weź to dopracuj…

 

I nie. Zakończenie mnie nie wgniotło w nic. Tylko mnie resztka mojego agnostycznego mózgu rozbolała.

 

Mała prośba do wydawcy: Proszę mnie nie znienawidzić. Jestem po prostu szczera, piszę co myślę. To było złe. A autorce odradzam picie kawy. Jest na to za młoda.

 

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Feeria Young.

 

 

 

 

Hasacz

Reklamy

Laure Eve „Urok Grace’ów”. Breaking bad.

urok-grace-ow-b-iext50109682Tytuł: Urok Grace’ów
Autor: Laure Eve
Ilość stron: 407
Wydawnictwo: Feeria Young

 

Przyznam szczerze, że każda książka, która w opisie ma „cudowne rodzeństwo, owiane tajemnicą”, bo „krążą o nich plotki” sprawia, że chcę krzyczeć i uciekać najszybciej jak tylko mogę. Przysięgam. Bo to wtedy tak strasznie wonieje Zmierzchem, że dostaje od tego ataku nerwicy. Dopiero w połowie książki zdałam sobie sprawę, że czytałam już Urok Grace’ów. W oryginale. Pominę fakt, że miałam i nadal mam ogromną ochotę na drugi tom, bo na początku ta książka naprawdę boleśnie mi przypominała ten koszmar z gimnazjum/ technikum.

 

Wiecie, mamy rodzeństwo Grace’ów. Summer, Thalia i Fenrin są najbardziej niesamowitymi ludźmi w szkole. Dzieli ich jednak niewidzialny mur od świata przeciętnych ludzi. I nawet jeśli ktokolwiek się do nich zbliży, nie trwa to długo. Choć chętnych jest od zatrzęsienia. W końcu krążą pogłoski, że Grace’owie władają magią, że odprawiają jakieś czary. I każdy chce być częścią ich magii. Zwłaszcza River, nowa uczennica, która jest odosobniona wśród uczniów, a do tego magiczne rodzeństwo działa na nią jak magnes. Tyle tylko, że sama River też skrywa mroczny sekret. Co wyniknie z ich spotkania? Co kiedy jej tajemnica ujrzy światło dzienne?

 

Książka sama w sobie jest napisana naprawdę super. Od początku do końca wszystko ma więcej sensu niż powinno, postaci nie są jakieś tragicznie wykreowane. Wszystko trzyma się całości, ładnie i zwięźle.
Szczególnie podobał mi się motyw River, która nie akceptując siebie, szukała podobnych do swojej osoby, żeby być zrozumianą. Do tego ten szczególny rodzaj magii. A! I nie można zapomnieć o tym, że Laure Eve naprawdę dobierała ciekawe imiona swoim bohaterom. Przyznam szczerze, że spodziewałam się totalnego rip-offu z nieszczęsnego Zmierzchu, jednocześnie ubogaconego w ciekawe i dobre teksty. Całe szczęście nic takiego nie miało miejsca. GOD BLESS.

 

Nie oceniam postaci Summer, bo w drugim tomie poznajemy ją trochę lepiej. Szczerze miałam cichą nadzieję, że River zejdzie się z kim innym, ale nadal – całościowo cała książka jest bajecznie przyjemnie napisana i mogłabym ją czytać codziennie. Gdybym tylko miała czas.

 

 

Za książkę dziękuje wydawnictwu Feeria Young.

 

 

Hasacz.

Kassie West „Szczęście w miłości” czyli słowo o tym jak szybko pieniądze niszczą człowieka.

szczescie-w-milosci-w-iext51105129Tytuł: Szczęście w miłości
Autor: Kasie West
Ilość stron: 406
Wydawnictwo: Feeria Young

 

Kasie West była, jest i będzie jedną z tych autorek, które mimo tworzenia trochę przesłodzonych historii miłosnych z całkiem życiowym (w moim odczuciu) twistem, nadal w jakiś sposób przemawiają do mnie. A raczej ich książki. I zupełnie nie obchodzą mnie jojczenia booktuberów czy innych blogerów, że jej książki są o kant kości ogonowej rozbić. Ile ludzi tyle gustów. Nie można narzucić komuś swojej opinii. Można tylko do bólu zachęcać do przeczytania konkretnej książki. O tej zasadzie mało kto pamięta, jeśli chodzi o ludzi ze strefy „recenzenckiej”, że tak pojadę kolokwializmem.

 

Tym razem autorka przedstawia nam postać Maddie. Dziewczyna lubi mieć wszystko poukładane, przemyślane i zaplanowane. Wierzy w ciężką pracę i upór. Wszystko. Nic zatem dziwnego, że pewnego dnia, gdy wygrywa na loterii główną nagrodę, jej życie staje na głowie. Dosłownie i w przenośni. Z dnia na dzień wie, że będzie ją stać na opłacenie studiów, że będzie mogła się ubierać lepiej. Naprawić wiele rzeczy. Początkowo nie zauważa jednej, zasadniczej rzeczy. Z pieniędzmi przyszła sława. Ze sławą…fałszywi przyjaciele. Tylko Seth, z którym pracuje w miejscowym zoo, jest nieświadomy niczego i kiedy przychodzi najbardziej nieodpowiedni moment, Maddie wszystko psuje. Rodzi się pytanie: Czy uda się jej zrozumieć komu może zaufać? Czy pieniądze dają rzeczywiście upragnione szczęście?

 

Tak. Maddie była na pograniczu dostania się na listę najgorszych bohaterek książkowych stulecia. Tak, nie mogłam zrozumieć jak głupim trzeba być, żeby dać się tak robić w bambuko. Ale z drugiej strony w każdym z nas siedzi ta ludzka naiwność, bo kiedy u nas jest ten nagły „dobrobyt”, wszyscy chcą to wykorzystać.  Nic zatem dziwnego, że zwykle wyobcowana Maddie, staje w centrum uwagi ze względu na wygraną. Jej zdolność do oceny sytuacji zostaje poważnie zachwiana, a prawdziwym przyjacielem jest tak naprawdę Seth. Jedyny problem leży w tym, że chłopak wcale nie chce być TYLKO przyjacielem.

 
Poza przekoloryzowaną kreacją dziewczyny, która zgłupiała przez pieniądze, wątek miłosny nie jest zaskakujący. Przyjemnie się to czytało, poza momentami, kiedy Maddie przechodziła samą siebie w byciu bułą. Ostatecznie główne postaci były świetnie wykreowane i naprawdę dobrze uzupełniały momentami biedne akcje głównej bohaterki.

 

W całości to książka, która owszem, targa nerwy, ale nadal napisana jest w lekki i przyjemny sposób. Bardzo polecam, jeśli lubicie tego typu historie i książki Kasie West.

 

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Feeria Young.

 

 

 

Hasacz.

Rick Riordan „Magnus Chase i Bogowie Asgardu: Statek umarłych”. Czas rozpocząć Ragnarök!

1cfa6b053fb29a9c64de070ab9c0bc58Tytuł: Magnus Chase i Bogowie Asgardu: Statek umarłych
Autor: Rick Riordan
Ilość stron: 438
Wydawnictwo: Galeria Książki

 

Z przytupem powracam do przygód Magnusa Chase’a, by dowiedzieć się czy młodemu półbogowi uda się powstrzymać nadciągający Ragnarök? Ale od początku!
Magnus, jako syn Freyra, boga urodzaju, roślinności, płodności, pokoju i zdrowia, nie ma wrodzonych umiejętności  do walki, jak jego przyjaciele. Jego siłą i wsparciem są potężni przyjaciele, między innymi Elf Heartsone, krasnolud Blitzen czy walkirja Samira, z którymi dokonał wielkich czynów. Przed nimi jednak kolejna ciężka przeprawa. Loki zerwał się z więzów i z pomocą zastępów olbrzymów i zombie przygotowuje Naglfar, Statek Umarłych, do wyprawy przeciwko bogom Asgardu, rozpoczynającą ostateczną wojnę bogów – Ragnarök. Jedynie Magnus i jego przyjaciele są w stanie powstrzymać Lokiego przed rozpoczęciem tak niszczycielskiej wojny. Jednak to nie boga oszustwa powinni się bać. Ponieważ najcięższym przeciwnikiem dla Magnusa okażą się jego demony.

 

Pewnie każdy fan przygód Percy’ego Jacksona zechce mnie zabić za to co napiszę, ale Magnus Chace póki co wygrywa dla mnie ranking najlepszej serii o półbogach. Nawet jeśli muszę odświeżyć sobie serię z Percym, utrzymuję swoje stanowisko w tej sprawie.

 

W odróżnieniu od innych autorów fantasy czy można by się pokusić o napisanie: urban fantasy, Riordan potrafi pisać lekko i z ogromną dozą humoru. To autor, którego z uporem maniaka omija klątwa słabej kontynuacji, nie mówiąc o tym, że jego zakończenia serii pozostawiają apetyt na więcej – w ten dobry sposób. Magnus zostaje bowiem rzucony przez los na głęboką wodę i nie tylko musi ujarzmić Lokiego, znanego ze swoich podstępnych planów i groźnych występków, ale musi powstrzymać wybuch Ragnaröka.  Autor nie zawodzi nas kreacjami postaci. Wszystkie są tak samo ujmujące i prawdziwe jak w poprzednich seriach, nawet jeśli jestem za stara, żeby pisać w ten sposób.

Wujek Rick udowodnił, że nie straszna mu żadna mitologia i niezależnie od tego jakich bogów by mu podsunąć, z każdymi mógłby stworzyć świetną serię dla młodzieży, gdzie jednocześnie we współczesnych realiach przybliżałby każdemu konkretną mitologię. Jak zrobił to już z grecką, rzymską i nordycką.

 

Z bólem żegnam sie ze światem Magnusa i pozostaje mi mieć nadzieję, że w końcu dorobię się całej serii z Percym, żeby jednak nie tęsknić za mocno za światem młodych półbogów.

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Galeria Książki.

 

 

Hasacz.

Przedpremierowo: Cath Crowley „Graffiti Moon”. Kim jesteś naprawdę?

graffitimoonTytuł: Graffiti Moon
Autor: Cath Crowley
Ilość stron: 294
Wydawnictwo: Jaguar
Premiera: 24 stycznia 2018

 

Gdzieś na początku minionego roku przeczytałam książkę, która zapadła mi w pamięci ze względu na swoją tematykę. Okazuje się, że In Real Life Jessici Love ma swój odpowiednik w Graffiti Moon. Wprawdzie w pierwszej książce nie chodziło o tożsamość a o pozycję w zespole. Jednak nadal pozostaje tajemnica, którą główna bohaterka chce i musi rozwiązać, stawiając się przy tym wielu ludziom, włącznie wbrew własnemu rozsądkowi. Tak to już jest, kiedy dwoje artystów trafia na swoje prace i potrafi je „czytać”. Ale do rzeczy.

 

Poznajemy Lucy, dziewczynę o bardzo artystycznej duszy. Co wieczór goni Cień. W przenośni i dosłownie. W mieście „grasuje” artysta malujący graffiti, który swoimi pracami ujął młodą, artystyczną duszę. Sęk w tym, że Lucy to typowa chłopczyca, która wewnętrznie pragnie poznać Shadowa, odpowiedzialnego za każdy jeden kawałek sztuki. Nie wie, że tak naprawdę zna chłopaka i nawet poniekąd się z nim przyjaźni, a co więcej…w ich sercach płonie ten sam niespokojny ogień pragnienia i młodzieńcza miłość, która ich powoli do siebie przyciąga. Czy razem namalują obraz pełen uczuć, który da im nadzieję na lepsze jutro?

 

Inna rzecz jest taka, że ni cholery nie ma we mnie poetyckiej duszy. I nie umiem ująć piękna tej książki w skrócie powyżej. Jakaś brednia. Graffiti Moon było genialne. Zabawne kiedy trzeba, Lucy to bohaterka, którą ubóstwiam równie mocno co Libbie z Holding Up The UniverseShadow również okazał się bardzo złożoną postacią i jak będziecie mogli się przekonać, nieumyślnie rozjuszył Lucy.
Trochę się obawiałam o los Eda, bo dziewczyna naprawdę go nie lubiła, przynajmniej na początku. Jednak stało się jasne, że autorka naprawdę potrafi zaskoczyć. Wszelkie porównania do I’ll give you the sun są bezpodstawne, z jednego prostego względu.  Nie każda „poetycka” powieść to jakieś szekspirowskie brednie z niewyjaśnionym twistem fabularnym. Całe szczęście w przypadku Graffiti Moon było naprawdę niesamowicie. Nie umiem tego zgrabnie opisać, ale będę wami potężnie zawiedziona, jeśli nie przeczytacie i nie opiszecie tej książki, dzieląc się ze mną przemyśleniami.

tumblr_mvz3j3FA6I1qk6zdio1_500

 

BTW. Książka jest zdecydowanie za krótka jak na swój potencjał fabularny.

 

Za przedpremierowy egzemplarz bardzo mocno dziękuje wydawnictwu Jaguar.

 

 

Hasacz.