Joey Graceffa „Dzieci Edenu”. Mógłby im ktoś tego zabronić?

dzieci-edenu-w-iext51624856Tytuł: Dzieci Edenu
Autor: Joey Graceffa
Ilość stron: 382
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: Mkay

 

Joey Graceffa jestr YouTuberem, który odpycha mnie swoją opcją „too much” w sposobie bycia. Pomijając fakt, że zaraz nazwiecie mnie homofobem, rasistą, antysemitą i kimkolwiek jeszcze – nie chodzi mi o orientację chłopaka. Kocha kogo chce i jak chce. Jego sprawa. Nosi się jak chce. Bardziej chodzi mi o tę jego przesadną manierę okazywania aż za mocno tego jak zniewieściały potrafi być – to nie ma nic wspólnego z jego orientacją. Do tego dochodzi moda na pisanie książek przez YouTuberów, albo jak lubię ich określać – ŻulTuberów. Kiedy znani ludzie uznają, że znajdą inną formę dorobienia się pieniędzy, wykorzystując przy tym swoich wiernych widzów. Napiszmy książkę! Albo lepiej – niech ktoś to zrobi za nas, mając szkic konceptu! A potem lądujecie na nic nieznaczącej liście bestsellerów New York Timesa i pławicie się w sukcesie.

 

 

Nie napisałam tego w złej wierze. Szanuję Joey’a i jego robotę. Jednak szczerze wątpię, że napisał tę książkę sam. Może i pomysł był jego, ale na pewno nie wykonanie. Za mocno się to różniło od jego autobiografii – jeśli mogę tak nazwać jego pierwszą książkę. Pomysł z ograniczoną liczebnie ludzkością, która została ograniczona do kolonii, gdzie mieli żyć pod okiem konkretnej instytucji sprawującej władzę jest tak nieoryginalny, że boli.
Przykład: Niezgodna, Seksmisja, Plaga Samobójców. To ostatnie może nie tak mocno, ale wątek podobny. Tak wiem, uznaliście w tej chwili, że jestem nienormalna, bo młodzieżówkę porównałam do Seksmisji – to tylko przykład poza książką.

 
Kreacja Rowan – postaci grającej pierwsze skrzypce i będącą narratorką całej historii – pozostawia wiele do życzenia. Nie spodziewajcie się tutaj jednak romansu. To raczej przesłanie, które w dużym stopniu ma drugie dno. Z jednej strony chodzi tylko o te niechciane dzieci, które są nielegalne, bo w tym świecie wolno mieć jedynie jedno dziecko. Pilnuje tego Ekopanoptykon (<- CO?), system sztucznej inteligencji, którą stworzył szalony, ale mimo to genialny naukowiec. System ten przejął kontrolę nad wcześniej powstałą technologią i zaprzągł do pracy na rzecz uleczenia Ziemi. Ale jeśli o tym pomyśleć to trochę tak jakby Rowan była reprezentacją wszystkich homoseksualnych, biseksualnych, Qeerseksualnych i innych seksualnych osób poza hetero. Bo jeśli nie jesteś hetero – jesteś be w oczach wielu.

 
A znam Joey’a na tyle z internetów, żeby wiedzieć, że dokładnie o to mu chodziło. Jak mu to wyszło? Nie wiem. Wiem, że autorka, która pomagała mu w tworzeniu tej książki zrobiła robotę przy tworzeniu świata przedstawionego i prowadzeniu narracji.

 

Czy polecam? Jeśli nie boli was powtarzalność wątku, jasne. Bierzcie i czytajcie to wszyscy. A potem dajcie znać jak się wam to podobało. Chętnie posłucham.

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Feeria Young.

 

 

Hasacz.

Reklamy

Francesca Zappia „Eliza i jej potwory” czyli o życiu bez życia – życie introwertyka.

eliza-i-jej-potwory-b-iext51388754Tytuł: Eliza i jej potwory
Autor: Francesca Zappia
Ilość stron: 400
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: mkay

 

Z książkami Zappi zetknęłam się świeżo po premierze Elizy i jej potworów. W Wymyśliłam cię autorka popisała się genialnym opisem życia nastolatki ze schizofrenią, która stara się żyć normalnie do rozpoczęcia nauki w college’u, jednocześnie usiłuje walczyć ze swoją chorobą. Zdecydowanie była to książka, którą powinien przeczytać każdy. Jak było w przypadku Elizy? Książka zaczęła się opisem, który do złudzenia przypominał mi o moich czasach w szkole, gdzie nie miałam znajomych w szkole, wiecznie ktoś miał do mnie pretensje o bycie inną, a jedyną ostoją spokoju był mój pokój, kiedy zamykały się za mną drzwi.

 

W przypadku Elizy było dokładnie tak samo. Osiemnastoletnia dziewczyna jest nie tylko ekscentrycznym geekiem, ale i boryka się z chorobliwą nieśmiałością, przez którą jednocześnie nie ma żadnych znajomych. W internecie zaś jest znana jako LadyKonstelacja , ekstremalnie popularną autorką komiksu Morze Potworne. Tam też ma małą, ale zaufaną grupę wsparcia, która pomaga jej przetrwać jakoś w szkole. Dlatego właśnie rzeczywistości poświęca tak mało uwagi ile tylko się da, a jej prawdziwe życie toczy się w sieci. Tyle, że o jej drugim życiu nie wie nawet najbliższa rodzina.
Wszystko się zmienia, kiedy do jej szkoły trafia Wallace. Milczący fan komiksu Elizy.  Chłopak tworzy fanowskie opowiadania do jej komiksów i jednocześnie sprawia, że dziewczyna zaczyna się zastanawiać czy życie w realu jest możliwe, a związki międzyludzkie nie są aż tak złe? Problem w tym, że dziewczyna nie chce ujawniać kim tak naprawdę jest, nawet mimo faktu, że zbliżają się do siebie z chłopakiem. Jednak wiadomo, że z tajemnic nie wynika nic dobrego. Jak to rozegra Eliza?

 

Znając twórczość Zappi, nie spodziewałam się niczego więcej po tej książce. Może i jestem za miękka, bo książka jest tak napisała, że moją jedyną reakcją jest : #relatable , jednak po przeczytaniu obu książek po angielsku, miałam pewność, że Zappia stanie się moją ulubioną autorką. Zupełnie jak Jennifer Niven, autorka porusza tematy trudne i bardzo aktualne dla współczesnej młodzieży. A jak wiadomo czytanie o postaciach, z którymi można się utożsamić jest dużo przyjemniejsze niż czytacie tak po prostu.

 

Eliza to uosobienie każdego introwertycznego dzieciaka, który w sieci czuje się dużo lepiej niż w rzeczywistości. Z jednej strony można pomyśleć, że dziewczyna to naprawdę żałosna postać, z którą nie powinno się identyfikować, ale jednocześnie jeśli kiedykolwiek doświadczyliście prześladowania w szkole, dobrze wiecie jak to jest nie móc zrobić niczego poza uciekaniem albo przemykaniem niezauważonym przed oprawcami. Been there, done that. Taka jest smutna rzeczywistość.

Z kolei Wallace to chłopak, którego chciałaby każda dziewczyna, która boi się prawdziwego świata. Ciepły, pełen zrozumienia, choć na swój sposób pokręcony chłopak, którego nie da się nie lubić. No i zagorzały fan Morza Potwornego, co działa raczej na plus.

 

W całości ta książka to kolejna młodzieżówka, którą każdy z was powinien przeczytać, bo nie jest to tylko durnowata historyjka o odnajdowaniu miłości i zrozumienia. To historia o strachu, o prześladowaniu i bólu życia, które prędzej czy później….dopadnie każdego.

 

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Feeria Young.

 

 

Hasacz.

 

Joanna Bator „Purezento”. Niech ktoś zatrzyma falę zepsucia, błagam.

bator-purezento-znak-06.11.2017Tytuł: Purezento
Autor: Joanna Bator
Ilość stron: 283
Wydawnictwo: Znak
Ocena: not so much.

 

Jak pewnie niektórzy zauważyli, zwykle na początku tekstu dodaję ogólne informacje o książkach. Uznałam, że rozpocznę swój mały system oceniania i nie będzie to w skali od jednego do dziesięciu czy w gwiazdkach goodreads bo to bez sensu jak cholera. Skala będzie bardzo moja. Od prostego ‚that the’ po ‚preciouss’. Nic bardziej skomplikowanego.

W przypadku książek Joanny Bator mam bardzo mieszany stosunek do jej twórczości. Zanim sięgnęłam po jakąkolwiek jej książkę, osłuchałam się o niej w samych superlatywach, a potem dostałam w mordę od rzeczywistości. Doceniam kunszt literacki, jeśli mogę to tak nazwać, ale wciąż nie dotarł do mnie ten wielki efekt WOW po jej książkach. Rok królika był cholerną pomyłką, która kosztowała mnie zakup pudełka tabletek na uspokojenie, tak mi to nerwy poszarpało. Ciemno, prawie noc było dobre, ale też bez szału. A potem Znak napisał do mnie w sprawie Purezento. I wtedy miałam ochotę przewracać stolik z laptopem.

Dla tych bardziej wtajemniczonych w moją osobę nie jest tajemnicą fakt, że ubóstwiam kulturę japońską, kocham tamtejszą mitologię oraz ich pop kulturę, na którą składa się manga ( komiksy ) i anime (seriale głównie animowane). I jak widzę zupełnie niezwiązanych z Japonią autorów/ dziennikarzy czy pies wie kogo jeszcze, piszących wyniosłe pieśni o kraju kwitnącej wiśni, trafia mnie za przeproszeniem kurwica. Zmieniam się wtedy w całorocznego Krampusa, który ma ochotę wyrżnąć wszystkich zbrodniarzy. Co z tego, że Znak postarał się o śliczną oprawę dla powieści? Co z tego, że Japonka napisała „blurba” chwalącego powieść. I don’t care! W moim odczuciu książka była słaba i tak naciągana, że miałam ochotę wyć.

 

Bator przedstawia nam historię dziewczyny, która na pewno nie mogłaby zostać moją znajomą. Takiego typu człowieka nie potrafię znieść.  Bezczelnie cytuję opis z odwrotu książki, żebyście nie płakali, że omijam skróty fabularne:

Kiedy drzwi zamknęły się za jej chłopakiem, nie wiedziała, że widzi go po raz ostatni. Kiedy zaczęła uczyć polskiego Panią Myōko nie przypuszczała, że dzięki niej wyruszy w daleką podróż. Kiedy po raz pierwszy spotkała Mistrza Myō, nie sądziła, że jej życie na nowo nabierze sensu. Kiedy na jej drodze stanął mężczyzna ze znamieniem w kształcie oliwki na plecach, nie spodziewała się jak silna będzie miłość, która ich połączy.

Purezento Joanny Bator ( tył okładki ).

 

Po pierwsze. Pisząc to z własnego doświadczenia i zapewnień mojego znajomego Japończyka – NIGDY nie wierzcie komuś kto napisał książkę o Japonii, nie mając z tym krajem nic wspólnego. Podobnie jak było w przypadku nieszczęsnego Ikigai, którą napisało dwóch Latynosów, gdzie nawet nie wspomnieli czy książkę nadzorował jakiś Japończyk – było to tak durne i nieudolne przekazanie złożonej filozofii, że książka po prostu latała po pokoju.

Po drugie. Joanne Bator stać na napisanie dużo lepszej książki, nie będącej wymemłaniem klimatu z anime Clannad i zupełnie zbędnej wyniosłości rodem z książek Murakamiego. Autora ubóstwiam, jego książki są naprawdę dobre, ale błagam, przestańcie porównywać do siebie autorów. To jest tak krzywdzące, że nie jestem w stanie nawet tego lepiej wyjaśnić. Bator to Bator, Murakami to Murakami. Koniec podpunktu.

Po trzecie…po pierwsze i po drugie wystarczy. Bo zacznę niepotrzebnie wylewać swój ból i zirytowanie na to jak naciągana wydawała mi się ta książka, nie tylko dlatego, że od zasmarkanych lat pochłaniam wszystko co związane z Japonią. Nie uważam się za eksperta, w żadnym razie! Ale po rozmowie ze znajomymi, którzy są ode mnie dużo mądrzejsi, znają dużo lepiej Japonię i japoński, śmiało mogę napisać, że autorka mogła się dużo bardziej postarać. Nie mogłam i nie chciałam tolerować głównej bohaterki, od której było dziwną naiwnością i pretensjonalnością do tego stopnia, że po zakończeniu lektury musiałam odczekać, żeby cokolwiek napisać, bo w innym wypadku ten tekst byłby tylko jednym, wielkim lamentem o tym, że potencjał powieści zdechł jak przejechany neko-chan, a to tylko dlatego, że główna bohaterka to dno umysłowe.

 

Jeśli jednak wam książka się podobała – na zdrowie, podziwiam. I z całym szacunkiem do autorki, ale to zdecydowanie nie powinno trafić w moje ręce. Z tego powodu ubolewam jeszcze mocniej, że książka była „not so much”.

 

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Znak, które jakimś cudem sobie o mnie przypomniało ( nie wiem dlaczego, skoro ten blog powoli zdycha przez mój brat mózgu).
Dla podsumowania: ja – pingwin, Purezento – pan w kombinezonie:
giphy.gif

 

 

 

Hasacz.

Seria z Flawią de Luce – tycia wersja Sherlocka w spódnicy, there you go.

Nienawidzę pisać o seriach, które mają więcej niż cztery tomy. I nawet nie umiem. W przypadku Flawii de Luce miałam o tyle problem, że jakieś dwa lata temu ( teraz z kawałkiem ) czytałam Zatrute ciasteczko czyli tom pierwszy z siedmiu o małej mapi detektyw. I przyznam szczerze, że książka byłą całkiem przyjemna w odbiorze. I mówi to blisko dwudziestopięcioletnia rumpa, która ma problem z interpretacją książek, bo jest emocjonalną amebą. Hyhy.

 

Moim głównym odczuciem po przeczytaniu CAŁEJ serii – dzięki temu, że księgarnia czytam.pl tak słodko mnie urobiła w bycie ambasadorem serii – było to, że chyba jednak jestem na to za stara. Nie to, żeby seria była zła. Sama Flawia jest postacią, którą chce się pocieszać przez to jak traktowana jest przez swoich…współdomowników? Tak bym ich określiła, bo co to za rodzina? Jednak Flawia jest na tyle inteligentną dziewczyną by nie przejmować się rodziną i z każdym tomem coraz bardziej oddawać się temu co wychodzi jej najlepiej – rozwiązywaniu tajemnic.

 

 

Całość serii to klimatyczny dowód na to, że „Wednesday Addams” z sadystycznej, mrocznej dziewczynki, która notorycznie w siostrzanej miłości chciała ubić brata, teraz stała się zgryźliwą, diabelnie błyskotliwą i ciekawą świata nastoletnią detektyw, która na własną rękę udowadnia, że sama poradziłaby sobie z nie jednym poważnym śledztwem lepiej od prawdziwych stróżów prawa.

 

Co najbardziej podoba mi się we Flawii to fakt, że to seria dla czytelników w różnym wieku. Na pewno mogę polecić całość pociechom od 10 do 16 roku życia, żeby nie czuć się na to za starym, jak mahself. Przede wszystkim na przestrzeni siedmiu tomów, Flawia przechodzi nie tyle przemianę fizyczną, bo do tej jakoś nie dochodzi – możliwe, że w samej fabule po prostu między kolejnymi tomami nie dochodzi do większego upływu czasu.
W samej głównej bohaterce da się zauważyć nieco dojrzalsze spojrzenie na niektóre sprawy – podejrzewam jednak, że to bardziej doświadczenie nabyte na przestrzeni siedmiu tomów fabuły. Jakby na to nie spojrzeć siedem książek – osiem wydanych po angielsku – to jednak sporo przygód.

 

 

Co więcej, choć autor jest Kanadyjczykiem, śmiało mogę powiedzieć, że genialnie oddał soczyste życie angielskiej prowincji. Idealnie uknuł intrygi, przedstawiając doskonale klimat tamtych czasów, a co więcej – wciąż czekają na czytelnika niespodzianki w postaci niesamowitych opisów WSZYSTKIEGO w otoczeniu Flawii i nie tylko. To prawdziwy urok książek Alana Bradleya, który od lat bawi, zachwyca i czaruje przygodami małej Flawii. To idealna gradka dla wielbicieli angielskiej literatury – i co najważniejsze – angielskiego poczucia humoru, zahaczającego nawet o Pythona.

Prawdziwa uczta dla fanów wszystkiego co angielskie i około angielskie – dlatego tak bardzo uwielbiam Flawię, nawet jeśli wszystko w niej krzyczy, że jestem starą jędzą, która powinna sobie odpuścić, bo to już dawno nie jej liga.

 

 

 

Bardzo gorąco polecam serię o przygodach Flawii de Luce od wydawnictwa Vesper, którą możecie nabyć u księgarni internetowej:
logo1
Która jednocześnie objęła patronatem medialnym ostatni – najświeższy znaczy się – tom Flawii!! Książki dostępne w ich ofercie!

Szczególnie polecam księgarnię czytam.pl ze względu na ich naprawdę dobre ceny oraz promocje – plus do każdego zamówienia dodawana jest mega urocza zakładka, ewentualnie cały ich komplet. Dodatkowym plusem jest też świetny kontakt z klientem i jeśli książka, którą zamówicie przyjdzie uszkodzona, zostaniecie powiadomieni o tym fakcie, nawet jeśli przyjdzie wam poczekać dzień dłużej na zamówienie. To się nazywa dbałość o klienta!❤

 

 

 

Hasacz.

Non Pratt „Problem” czyli o tym jak bardzo nie ogarniam.

k-9788380735958Tytuł: Problem
Autor: Non Pratt
Ilość stron: 400
Wydawnictwo: Zielona Sowa

 

Na wstępie wyjaśnię o co chodzi z tytułem. Byłam wychowywana w silnej wierze w wartość wierności, szacunku do siebie i swojego ciała oraz umysłu. To ostatnie jakoś mnie ominęło – dość drastycznie ze względu na wrodzoną durnotę, ale mniejsza o to. Dlatego między innymi nie ogarniam faktu, że dzieci – bo dorosłymi tego nie nazwę – rozpoczynają zdecydowanie za wcześnie pożycie seksualne i w efekcie dziecko rodzi dziecko. Na takie imprezy trzeba być gotowym. I nie. Nie użyłam słowa, którego nie rozumiem. Dorosłe życie jest imprezą. Słabą i cholernie wymagającą, ale to nadal impreza – ta z tych, na której mało kto chce być.

 

W Problemie jest poruszony problem – hm…weź to teraz napisz tak, żeby to nie wyszło jak masenko – autorka napisała książkę o przebojowej i błyskotliwej piętnastolatce, która jest w ciąży. Kto jest ojcem, tego nie wie. W końcu skoro jest taka rozchwytywana to nagle dzieją się różne rzeczy, co? A skoro jest w ciąży i to bez ojca dziecka, jej reputacja roztrzaskuje się o szkolny korytarz.
I wtedy na horyzoncie pojawia się Aaron. Nowy uczeń w szkole dziewczyny. Chłopak, choć przystojny, chce trzymać się na uboczu i nie rzucać w oczy tak długo jak tylko może. Dlaczego? Cóż…każdy ma raczej swoją tajemnicę, prawda?
Nim którekolwiek zdaje sobie z tego sprawę, chłopak zostaje udawanym ojcem dziecka, które nosi Hannah.

 

Początkowo miałam wrażenie, że powinnam strzelić główną bohaterką o ścianę, tak mi nerwa szarpała. Jak dziecko może być tak durne, żeby robić tak nieodpowiedzialne rzeczy. Halo! Spoko. Nie obwiniam tutaj żadnej ze stron rodziców. Ale chodzi o to, że w głowie mi się to nie mieściło. I dalej nie mieści.

Co do samej książki: Aaron to kochany chłopak, który zdecydowanie zasługuje na coś o wiele lepszego niż zaciążona nastolatka, która ma chyba jakieś problemy osobowościowe. Jednak są całe tony plot twistów w tej książce i mimo durnej postawy Hannah na początku – cała książka to prawdziwy cukiereczek z przesłaniem. Całe szczęście główna bohaterka przechodzi przemianę, albo po prostu dojrzewa, dunno. W każdym razem nie jest to jakaś wybitna seria niefortunnych zdarzeń.
Chłopak, który chce odkupić swoje „winy”, postanawia udawać ojca dziecka, które nosi Hannah. W całym plocie wydarzeń dochodzi do wielu incydentów, które ostatecznie wyjaśniają co się stało i kto tak naprawdę jest ojcem dziecka dziewczyny. Dowiadujemy się też co się stało, że Aaron chciał zacząć od „czystej karty”.

 

Książkę jak najbardziej polecam, choć nie jest to lektura dla każdego, bo jeśli macie takie słabe nerwy jak ja i jak tylko widzicie o głupiej małolacie, która wiecznie robi problemy – polecam łyknąć coś na uspokojenie i wtedy czytać.

 

Za książkę dziękuję księgarni internetowej:
logo1

Szczególnie polecam księgarnię czytam.pl ze względu na ich naprawdę dobre ceny oraz promocje – plus do każdego zamówienia dodawana jest mega urocza zakładka, ewentualnie cały ich komplet. Dodatkowym plusem jest też świetny kontakt z klientem i jeśli książka, którą zamówicie przyjdzie uszkodzona, zostaniecie powiadomieni o tym fakcie, nawet jeśli przyjdzie wam poczekać dzień dłużej na zamówienie. To się nazywa dbałość o klienta!❤

 

 

Hasacz.