Christophe Galfard „Wszechświat w twojej dłoni.” czyli czego nie wiecie o to się dowiecie.

wszechswiat-w-twojej-dloni-b-iext50058337Tytuł: Wszechświat w twojej dłoni. Niezwykła podróż przez czas i przestrzeń.
Autor: Christophe Galfard
Ilość stron: 411
Wydawnictwo: Otwarte

 

Wszechświat nie mieści się w określonej przestrzeni. Jak więc miał zmieścić się w ludzkiej dłoni? Co ten autor?

Każdy kto choć w minimalnej części interesuj się tym co mamy nad głowami, powinien brać pod uwagę nieskończoność i złożoność wszechświata. Jako wielka fanka szant i żeglugi morskiej, byłam potężnie zafascynowana atmosferą – w najszerszym tego słowa znaczeniu. Rodzaje chmur, rodzaje opadów, co powoduje gwałtowne zmiany pogodowe, fronty, masy powietrza. A potem doszła do tego astrologia. A kto inny lepiej wyjaśni szaremu człowiekowi niesamowitość wszechświata, jak nie uczeń Stephena Hawkinga? Prawdopodobnie nikt.

 

Fenomenem książki o astrologii można postrzegać na wiele sposobów. Przez fakty podawane w publikacji, przez sposób w jaki autor wyłożył wiedzę i przez to czego czytelnik może się dowiedzieć.  Jeśli jesteście fascynatami, sposób w jaki Galfard wyłożył całą zawartą w książce wiedzę, będzie dla was tak samo niesamowity jak i dla mnie.

To właśnie dzięki takim ludziom jak Galfard, fizyka przestaje być przerażającymi pojęciami, które tracą sens, kiedy nauczyciele rysują kreski na tablicach i chcą wmówić uczniom, że to kabel albo jakieś wektory. Można lepiej zrozumieć przestrzeń wszechświata, czym tak naprawdę są błyszczące kropki na niebie, które nazywam gwiazdami i nazywamy ich konkretne konstelacje. Nie myślcie sobie jednak, że Christophe tak po prostu napisał łatwy do ogarnięcia podręcznik fizyczny. Nie, nie, nie…napisał raczej opowieść o tym czym jest wszechświat i czym tak naprawdę jest człowiek. Jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało.

 

Świeże i prosto przedstawione spojrzenie na granatowe niebo, którego najczęściej dla prostego człowieka to tylko przyjemny widoczek w nocy, podczas bezsennych nocy. Spojrzenie na samych ludzi i różne aspekty naukowo- naturalne. Tym właśnie jest Wszechświat w twojej dłoni. A trzymając tę książkę w swojej łapie, możesz śmiało powiedzieć, że zmieścił ci się wszechświat w ręce.

 

 

Za książkę dziękuję księgarni internetowej:
logo1
Szczególnie polecam księgarnię czytam.pl ze względu na ich naprawdę dobre ceny oraz promocje – plus do każdego zamówienia dodawana jest mega urocza zakładka, ewentualnie cały ich komplet. Dodatkowym plusem jest też świetny kontakt z klientem i jeśli książka, którą zamówicie przyjdzie uszkodzona, zostaniecie powiadomieni o tym fakcie, nawet jeśli przyjdzie wam poczekać dzień dłużej na zamówienie. To się nazywa dbałość o klienta!❤

 

 

 

Hasacz.

Reklamy

Nina Riggs „Jasna godzina. Dziennik życia i umierania”. Jak to jest z tym rakiem?

Riggs_Jasna-godzina_mTytuł: Jasna godzina. Dziennik życia i umierania
Autor: Nina Riggs
Ilość stron: 363
Wydawnictwo: Literackie

 

Nieco ponad rok temu pisałam o książce, która przypomniała mi o marności ludzkiego życia. O tym, że wszystko przemija. Nienawidzę takich książek, bo zwykle nawet kiedy nie chcę płakać, po prostu wyję tak bardzo, że w efekcie dostaje gorączki i nie mogę się uspokoić. Podobną reakcję wywołała u mnie książka Paula Kalanithi Jeszcze jeden oddech. Realne spojrzenie na raka, brutalna rzeczywistość i przede wszystkim brak histerii. Jakiś miesiąc temu, jeśli nie dalej, wydawnictwo Literackie przysłało mi zapowiedź „tegorocznego Kalanithi” i zaczęłam przeklinać siebie. Wszystko we mnie krzyczało, żebym w pizdu odmówiła tekstu, zignorowała maila i koniec. Ale wyszło jak wyszło, odpisałam i niedorzecznie spóźniona, siedzę na łóżku i zastanawiam się co napisać o książce kobiety, która umarła w podobny sposób do autora Jeszcze jednego oddechu.

 

Nina Riggs, córka poetki, żona, matka dwóch chłopców. Miała trzydzieści osiem lat, gdy usłyszała diagnozę. Wszystkie jej plany wzięły w łeb przez chorobę, która najczęściej jest wyrokiem śmierci. Wtedy człowiek staje się bombą zegarową. Kobieta przyznawała, że nigdy nie rozumiała dlaczego jej matka uważała, że śmierć to nie koniec świata. A potem przyszła choroba i Nina doznała olśnienia.

 

Sęk w tym, że ile osób i rodzajów zachorowań na raka, tyle jest do tego podejść i sposobów na pogodzenie się z losem. Godzenie się z chorobą jest indywidualną sprawą chorego. Jasne, można po prostu usiąść, zacząć płakać i histeryzować, że idzie koniec. A ma się przed sobą życie, nie doświadczyło się miłości i inne życiowe pierdzenie. Z własnego doświadczenia wiem, że kiedy się słyszy o raku od innych, ma się wrażenie, że samemu by się poległo. Ale kiedy przychodzi ten moment i słyszycie od onkologa: Droga Pani, niezmiernie mi przykro, jednak nierówność w tkance to nowotwór złośliwy – dostajecie w pysk od rzeczywistości. Można płakać, można krzyczeć. Ale w głównej mierze możecie też naprawić wiele rzeczy, zanim przyjdzie wam odejść.

 

Albo to olać. Zastanawiacie się pewnie do tego momentu tekstu : Co ten hasacz pieprzy?
Spokojnie. Mam w tym swój cel. Riggs potrafiła zaskakująco pogodnie pisać o swoim raku czwartego stopnia, który w istocie, podczas diagnozy jest podawany z przyszłą datą śmierci. Czujecie się trochę, jakbyście gadali z bogiem śmierci rodem z mangi Death Note. I teraz przykład autorki, która odeszła w lutym tego roku. Kobieta Miała dwóch synów, kochającego męża i plany na przyszłość. Chciała jeszcze jednego dziecka, chciała wysłać synów na studia. I owszem, chorowała, ale jednocześnie przygotowywała męża i synów na swoje odejście. Bo to było nieuniknione.

 

Prapraprawnuczka Ralpha Waldo Emersona, wybitnego amerykańskiego poety. Nic zatem dziwnego, że nawet pisząc o swojej chorobie, pozostawała pełna optymizmu. Jednak już nie dla swojego życia, a dla życia tych, których zostawiła. Męża. Synów. W jej przypadku, jedna mała plamka, będąca zdiagnozowana jako nowotwór sutka ( tak się fachowo diagnozuje raka piersi, rzekomo), rozbiła jej życie jak domek z kart. Ostatecznie wydawca pani Riggs zastosował podobny chwyt jak wydawca Kalanithi. I jak żona Paula napisała posłowie, tak mąż Niny zrobił to samo.

 

Mam wrażenie, że to taki trochę chwyt marketingowy, będący jednocześnie skokiem na emocje czytelnika. I to jedyna rzecz jaka drażniła mnie w tych książkach. Takich książek nie da się tak po prostu ocenić. Napisać, że autorka przesadzała, udawała pogodną i pogodzoną z życiem. Bo albo wtedy autor tekstu zostanie zlinczowany za brak empatii, albo ludzie zaatakują inaczej. Wiem po sobie.

 

Ale jako osoba, która zna temat od zaplecza, powiem tylko, że nie podziwiam tej kobiety. Tak jak nie podziwiałam Paula Kalanithi. Pisałam to wyżej, napiszę to raz jeszcze. Ile diagnoz, tyle reakcji i sposobów na radzenie sobie z chorobą. Wysyłanie pacjenta na grupy wsparcia czy inne brednie to najgorsze co można zrobić choremu. Jednak pisanie takich książek przez chorych ma jakiś cel. Wiem, że większości z czytelników w jakiś sposób to pomoże. Mnie to tylko przypomniało jak strasznie irytuje mnie marność ludzkiego życia. I jak beznadziejni jesteśmy w radzeniu sobie z rzeczywistością.

 

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Literackie.

 

 

Hasacz.

Max Czornyj „Grzech”. Gdzie moje trzy życzenia?!

1364840-grzechTytuł: Grzech
Autor: Max Czornyj
Ilość stron: 395
Wydawnictwo: Filia

 

Tak jak Kazik Starzewski śpiewał : Wałęsa gdzie jest moje sto milionów?! – tak jak pytam: gdzie moje trzy życzenia?! Będę bardzo uszczypliwa i wredna ( co nowego, co?), ale kiedy tylko dostałam książkę do ręki, spojrzałam na opis fabuły. Pomyślałam, że super. Do Lublina mam tylko sto kilometrów to nawet bym się pokusiła o wycieczkę śladami książki. Potem zobaczyłam zdjęcie autora na skrzydełku i postanowiłam, że nie pójdę na spotkanie w Krakowie. Za dużo kompleksów się we mnie obudziło. Sorry. A potem przeczytałam, że jest adwokatem. I przez jednego typa, który wypuszcza książki jak królik z rozwolnieniem, przeraziłam się, że będzie tak i w przypadku Czornyja.

 

Max Czornyj osadził akcję swojej powieści w Lublinie. Osobiście nie znam za bardzo miasta, wiem tylko jak dotrzeć do kilku miejsc, ale ja nie o tym. W Lublinie dochodzi do serii zaginięć. Ktoś porywa kobiety i wysyła ich rodzinom tajemnicze listy. Sprawę dostaje wybuchowy Eryk Deryło. Kiedy odnalezione zostają pierwsze zwłoki, presja jaka wywierana jest na lubelską policję rośnie, a na miasto spada blady strach. Tropy mrożą się i coraz więcej rzeczy zostaje pozbawione sensu, do tego ciało kobiety, które porzucono na cmentarzu, zostało okrutnie okaleczone i z rozmysłem upozowane. Do sprawy włączony zostaje Miłosz Tracz, profiler mający za zadanie utworzyć portret psychologiczny sprawcy. Pytanie tylko czy policja zdąży na czas, kiedy morderca jest zawsze o krok przed nimi, a podejrzanych jest o wiele za dużo by móc liczyć na szybkie rozwiązanie sprawy?

 

Iiiii przyszedł czas by stanąć twarzą w twarz z kolejną książką kryminalną. Będę szczera i z całą sympatią do wszystkich, którzy pracowali nad wydaniem tego tytułu, przyznam szczerze, że chociaż odchodzę od kryminałów to oddaję autorowi, że potrafi pisać. Gatunek zaczął mnie męczyć już jakiś czas temu. Dlatego jeśli już mam pisać o jakimś kryminale, nie podkreślam, że wszystko jest gatunkowo schematyczne, bo byście mnie zeżarli.

 
Pomijając dobrą narrację i niezbyt lubiany przeze mnie gatunek, nadal przyznaję, że Czornyj robi robotę. Jego postaci są wręcz do bólu prawdziwe ( i wkurzające do przesady), obraz Lublina, jako mrocznego miasta, którego powinni bać się wszyscy jest przekonujący i naprawdę ciężki w swoim klimacie. Trochę zawiodłam się na zbrodni, która była rzekomo na tle religijnym, ale tylko dlatego, że spodziewałam się ingerencji kościoła (jako instytucji) albo jakiejś organizacji religijnej typu Opus Dei. A tutaj…no cóż. Nie ma co narzekać, zawsze mogło być gorzej.

 

Największym plusem książki Czornyja, że nie usiłuje się do nikogo upodobnić, chociaż zawsze może się to zmienić (mam nadzieję, że jednak nie…). Autorowi życzę samych sukcesów, a wydawnictwu gorąco dziękuję za krwawą niespodziankę.

 

 

Hasacz.

Szczepan Twardoch „Ballada o pewnej panience”. Czego Twardoch nie dotknie, w złoto się zmienia?

Ballada-o-pewnej-panience-okładka-282x400Tytuł: Ballada o pewnej panience
Autor: Szczepan Twardoch
Ilość stron: 314
Wydawnictwo: Literackie

 

Trudno mówić o związku literackim między autorem a czytelnikiem, kiedy masz dwadzieścia cztery (prawie pięć) lat i zupełnie nie potrafisz opisywać książek. Tak. Mam na myśli siebie. Do dzisiaj pamiętam, aż za dokładnie, kiedy powiedziałam autorowi, że moją ulubioną książką spod jego ręki jest Wieczny Grunwald, który uchodzi za najtrudniejszą w jego dorobku. To uczucie, kiedy autor zamiast pozytywnego zaskoczenia, przeżywa szok i pyta o twój wiek. Długo też bałam się pisać o jego twórczości, ze względu na swój słaby styl, brak wykształcenia w tym kierunku i tym podobne. Dlaczego? Bo autorzy to często delikatniejsze kwiatuszki niż baba w napięciu przed miesiączkowym czy w menopauzie. Piszący o książkach dobrze to znają. Dlatego tym trudniej pisać o książce autora, którego się podziwia, nie mając pewności czy jakimś cholernym trafem nie dokopie się do twojej opinii i nie będzie miał pretensji.

 

Ci, którzy czytają mojego bloga od jakiegoś czasu wiedzą jak nie lubię antologii. Zbiory opowiadań często nie mają dla mnie większego sensu, bo wolę kiedy fabuła jest rozbudowana, dobrze poprowadzona i ma krwistych bohaterów. I napisała to durna dziewucha, która rozpływa się nad obyczajówkami, które równie dobrze można zaliczyć do literatury brukowej typu harlequin. Jednak jak świat wielki i okrągły, tak zróżnicowany można mieć gust literacki, czyż nie? Mój jest tak eklektyczny, że zalatuje schizofrenią, więc z góry uprzedzam, dziwne to.

Szczepan Twardoch, podobnie jak Łukasz Orbitowski to autor, którego twórczość trafia do mnie w każdej postaci. Faktem jest, że nie potrafię napisać niczego sensownego o książkach autora, bez zbędnego pitolenia o jego niesamowitości i tego, że facet czego by nie ruszył, zamienia się w złoto. W tym przypadku złotem są nominacje do nagród literackich. Mam też cichą nadzieję, że autorowi wejdzie w krew wydawanie książek tuż przed Targami Książki w Krakowie.

Typowo dla siebie, Twardoch w bardzo metaforyczny, trochę nawet mroczny i humorystyczny sposób przedstawia rzeczywistość swoich bohaterów. Niezależnie jak dziwnie to brzmi, autor naprawdę potrafi w opowiadania. Ma on trochę manierę tworzenia złamanych życiowo mężczyzn. którzy w swoim życiowym nieszczęściu ranią jeszcze wszystkich dookoła.

Określenie jego antologii jako niewystarczająca dla głodnego umysłu czytelnika to w moim odczuciu idealne podsumowanie po lekturze.  Twardoch, niczym ten Stirlitz, oblizuje łyżeczkę z herbaty i pokazuje nam język, uśmiechając się szelmowsko i mówiąc tym swoim niskim głosem: bawcie się dobrze, dzieciaczki.  i tylko patrzy na rosnący niedosyt, jaki w nas pozostawia.

 

Nikogo raczej nie zaskoczy fakt, że nie umiem wybrać ulubionego opowiadania. Ballada o pewnej panience to kwintesencja Szczepana Twardocha i jego talentu literackiego.

 

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Literackie.

 

 

Hasacz.

Graham Masterton „Głód”. Zrobiłam się na to za głupia.

Glod_ReplikaTytuł: Głód
Autor: Graham Masterton
Ilość stron: 415
Wydawnictwo: Replika

 

Byłam jeszcze zupełnym szczylem kiedy przeczytałam pierwszą książkę Mastertona. I wtedy wydawał mi się prawdziwym mistrzem w swoim gatunku/ fachu. Bo co innego mogłam stwierdzić, kiedy miałam ledwo dwanaście lat i zerowe pojęcie o książkach? Zaczęło się od Szarego diabła, a potem poszło falą. Przez Rytuał, Manitou po właśnie Głód. I tak naprawdę im starsza się robię, tym bardziej dochodzę do wniosku, że jestem albo za głupia na takie imprezy ( najbardziej prawdopodobny scenariusz ) albo się do tego po prostu nie nadaję.

 

Wszystko zaczyna się pewnego dnia, gdy Ed Hardesty, właściciel gigantycznej farmy pszenicznej, staje u progu upadku. I mimo desperackich prób ratowania połaci złotych łanów, jest zmuszony ogłosić upadłość. A wszystko to dlatego, że jego uprawy pochłonęła tajemnicza zaraza, która z dnia na dzień zaczęła pochłaniać wszystkie uprawy amerykańskich rolników. Nie tylko zboża, ale i owoce, warzywa, zioła. Wszystko niszczeje. A co za tym idzie, największy kraj na świecie staje przed widmem głodu. To popycha ludzi do powrotu do ich pierwotności. By przeżyć za wszelką cenę.

 

Kiedyś, może jakieś dziesięć lat temu, byłabym zachwycona wizją apokalipsy, która dotknęła USA w książce Mastertona. Teraz, licząc swoje nieszczęsne dwadzieścia cztery lata, mam wrażenie, że takie książki są dla mnie po prostu zbyt przesadzone.  Z mojej perspektywy Ameryka nigdy nie była żadną potęgą, nawet jeśli mieli rozwiniętą gospodarkę itp. Może właśnie dlatego nie dotarła do mnie ta niesamowitość powieści Mastertona, która traktuje o….cóż, w zasadzie realnym zagrożeniu. Bo jeśli nie natura to ludzie sami się wykończą.

 

Nie będę narzekała na kreacje postaci, które i tak pozostawiają wiele do życzenia. Sam zamysł na powieść był w porządku. Gdyby go bardziej rozbudować może byłoby to lepsze w odbiorze. Nie ma co narzekać na wplatanie sowieckich władz w całość, biorąc pod uwagę rok wydania książki i fakt, że wtedy nadal trwała komuna za oceanem ( dla Amerykanów oczywiście). Będę jednak szczera i przyznam jednogłośnie: Głód Mastertona był nudny i zdecydowanie nie polecam książki ludziom, którzy mają mało czasu. Szkoda go marnować na coś tak słabego i niezajmującego. Niestety.

 

Jednak jeśli jesteście miłośnikami twórczości Mastertona to zdecydowanie powinniście sięgnąć po jego książkę, nie ukrywajmy – jeśli jesteście mu wierni mimo wszystko, po prostu pożrecie i ten tytuł.

 

 

Za książkę dziękuję księgarni internetowej:
logo1

Szczególnie polecam księgarnię czytam.pl ze względu na ich naprawdę dobre ceny oraz promocje – plus do każdego zamówienia dodawana jest mega urocza zakładka, ewentualnie cały ich komplet. Dodatkowym plusem jest też świetny kontakt z klientem i jeśli książka, którą zamówicie przyjdzie uszkodzona, zostaniecie powiadomieni o tym fakcie, nawet jeśli przyjdzie wam poczekać dzień dłużej na zamówienie. To się nazywa dbałość o klienta!❤

 

 

 

 

Hasacz.