Tillie Cole „Tysiąc pocałunków”. Niesmak pozostał?

tysiac-pocalunkow-b-iext48372902Tytuł: Tysiąc pocałunków
Autor: Tillie Cole
Ilość stron: 435
Wydawnictwo: Filia

 

Trudno jest znaleźć dobrą książkę, która mówiłaby o miłości i nie wykorzystywała schematów utartych do suchej ziemi. Tillie Cole to kobieta, której powinno się zabronić pisania książek z gatunku dark erotic. Jednak w przypadku książek obyczajowych nie wychodzi jej to tak źle. Chociaż po tym co zobaczyłam na Lubimy Czytać, zaczęłam się zastanawiać co trzeba by było zrobić, żeby ludzie przestali się tak bardzo rzucać o takie rzeczy jak użyty schemat w książce? I dlaczego mniej osób czepia się gorszych książek? Bo w sumie Tillie Cole wychodzi lepiej pisanie nieerotycznych książek, które macają się po schematach, aniżeli pisanie czegoś takiego jak Raze ( jeśli pamiętam tytuł ).

 

W Tysiącu pocałunków mamy rzeczywiście poruszony bardzo zużyty motyw. Rune – chłopak z Norwegii, wraca po latach do Blossom Grove w Georgii, gdzie w dzieciństwie poznał Poppy. Drugą połową swojej duszy, miłością swojego życia – i wszystkim innym przymiotnikami opisującymi najważniejszą osobę. Chłopak jednak nie ma pojęcia co doprowadziło do tego, że jego ukochana Poppy zerwała z nim kontakt i od dwóch lat nie zamienili słowa. Już raz jego serce zostało złamane. Jednak kiedy przyjdzie mu się dowiedzieć o tym co zmusiło dziewczynę do odcięcia się od niego, jego serce rozpadnie się ponownie.

 

Miałam sposobność czytać tę książkę po angielsku i przekonać się, że nawet odrobinę stylem, Tysiąc pocałunków przypomina Promyczka. Ten sam motyw odrzucenia, a jednocześnie szukania samych pozytywnych stron życia. Plus – trochę dziwnie czytało się te wszystkie wstawki o niebie, przechodzeniu duszy do nieba i modlitwach w duchu do Boga. Nie to, że mam coś do osób wierzących, bruh, chill. Tylko chodzi o to, że to było trochę przesadzone.

Tak jak odrobinę egzaltowane było zachowanie bohaterów w przypadku każdego kontaktu fizycznego i całego rozmawiania o przyszłości, która koniec końców miała dla jednego z nich nie nadejść nigdy. Nie był to dla mnie specjalnie wielki minus tej książki, ale autorka mogłaby zaczerpnąć z lepszego schematu, jeśli już musiała cokolwiek łapać za giczoła. I tak, książka wzrusza, jest wyciskaczem łez – chociaż nie płakałam jak w przypadku wcześniej wspomnianego Promyczka, tak nadal uważam, że trzeba potrafić pisać, żeby wzbudzić we mnie takie emocje i doprowadzić do zeszklenia się moich paczałków.

 

Całościowo Tillie Cole nadal ma u mnie bana na pisanie książek erotycznych i około erotycznych, ale jak już chce wydawać takie rzeczy jak Tysiąc pocałunków to szybciej się doszkoli z tworzenia mniej pretensjonalnych i egzaltowanych postaci. Bardzo na plus, że nie chodziło o seks i tak dalej, a o uczucie i spełnienie marzeń.

Więcej nie napisze, bo spoilery i ból świata.

 

 

Za książkę w języku polskich dziękuje wydawnictwu Filia.

 

 

Hasacz.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Tillie Cole „Tysiąc pocałunków”. Niesmak pozostał?

Możliwość komentowania jest wyłączona.