Kirsty Moseley „Nic do stracenia”. Borze tucholski, w co ja wdepnęłam?

nic-do-straceniaTytuł: Nic do stracenia. Początek
Autor: Kirsty Moseley
Ilość stron: 463
Wydawnictwo: Harper Collins Polska

 

Każdy kto czytał wcześniejsze książki Moseley, zgodzi się ze mną, że literatura wysokich lotów to to nie jest. Nah. W ogóle. Jednak jest w jej książkach coś takiego, co sprawia, że mam ochotę czytać wszystko co ta kobieta napisze. Nawet jeśli używa bardzo dziwnych określeń na niektóre czynności w łóżku albo części ciała. Czego wymagać od autorki, która załapuje się do kategorii romansów. Jej poprzednie książki były dobre – w moim odczuciu, nie gryźcie mnie za to – ale nie zmienia to faktu, że fabuła tej książki, trochę za bardzo woniała mi pretensjonalną i okrutnie egzaltowaną główną bohaterką. Chociaż wiem, że sytuacja w jakiej się znalazła, nie jest zaraz czymś oczywistym. Ale wiadomo…AMERICA!!

Zapytacie pewnie: Hola, hola hasacz, ale dlaczego zaraz tak mówisz? Co takiego złego było w tym opisie? – Już mówię. Annę Spencer poznajemy w dniu jej szesnastych urodzin, które świętuje z chłopakiem w klubie. Wspaniały wieczór szybko zmienia się w koszmar, a przypadkiem poznany Carter Thomas okazuje się być handlarzem broni i narkotyków – Pablo czy to ty? – co więcej! Zmienia kilka lat jej życia w istne piekło. Facet trafia do więzienia za sprawą zeznań dziewczyny, ale to nie powstrzymuje go przed wysyłaniem jej listów z pogróżkami. Jej ojciec, senator i kandydat na prezydenta United States of America, robi wszystko by zapewnić swojej latorośli najlepszą ochronę. Jej bodyguardem zostaje przystojny komandos, Ashton Taylor. Dla lepszego efektu i produktywności swojej pracy oraz ochrony Anny, mężczyzna ma udawać jej chłopaka. Jednak dziewczyna czuje się coraz bardziej bezpieczna w ramionach swojego ochroniarza, a co za tym idzie, udawanie zakochanej przestaje być tylko koniecznością. Problem w tym, że niedługo ma odbyć się rozprawa w sprawie apelacji Cartera, przez co bezpieczeństwo dziewczyny i jej ukochanego ma stanąć pod znakiem zapytania.

Nie brzmi wam to jak słaby materiał na niskobudżetową komedię romantyczną? Bo dla mnie tak. Problem w tym, że ja się chyba do diabła starzeję i naprawdę coraz częściej sięgam po książki, które mnie nie zaskakują, a mają jakiś lekki, niewymagający myślenia wątek. Miłosny tyż.

Anna była trochę taką kretynką w opałach, którą musiał uratować książę na białym koniu – albo napakowany komandos ( aka Navy SEAL ). W tym przypadku Ashton. Miałam co do tego mieszane uczucia, chociaż muszę przyznać, że przyjemnie śledziło się rozwój ich uczucia, które nie było takim schematem: dziewczyna potrzebuje ochroniarza -> ojciec załatwia jej wojskowego, młodego i przystojnego -> wilka miłość od pierwszego spojrzenia, okraszona tęczą, jednorożcami, brokatem, słodkościami i wszystkim co doprowadza do mdłości. Na szczęście.

Wprawdzie naciąganie brzmiały jej wszystkie spostrzeżenia na temat Ashtona, ale hej. Czego się spodziewać po romansie? Nie spodziewajmy się wielkich, głębokich wyznań, niewinnych pocałunków i zapewnień o miłości po grób. To nie ta kategoria literacka. O ile w ogóle. To ma być rozrywka. Żadnego przekazu. Spokojnie.

Dlatego jeśli chcecie coś dla rozerwania się, niewymagającego nadmiernego myślenia – polecam mui mucho.

 

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Harper Collins Polska.

 

 

Hasacz.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Kirsty Moseley „Nic do stracenia”. Borze tucholski, w co ja wdepnęłam?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s