Maggie Stiefvater i jej seria „Król kruków” czyli o tym dlaczego warko przeczekać bum na książki.

91fbe0ea08921122d8287576d86f58f7a0489d61
*książki są na obrazku chronologicznie i tak też będą opisywane poniżej – enżoj.

Greetings.

Jakiś czas temu książki Maggie Stiefvater przeżywały wielkie BUM. Wszyscy chcieli czytać serię The Raven Boys i każdy chciał mieć książki na swojej półce. Typowo dla siebie, jako ten główny rebel stwierdziłam, że jednak nie przeczytam. Przynajmniej nie od razu. Swoją przygodę z książkami Stiefvater zaczęłam od serii Wilkołaków z Mercy Falls. BO MOGĘ.

 

A tak serio, to miałam ochotę na książki tej autorki, ale z drugiej strony nie chciałam lecieć za wszystkimi, którzy czytają The Raven Boys i potem wdawać się w niepotrzebne dyskusje o serii. Bo zamiast ignorować, jeszcze bym warczała. Taki charakter. Nic nie poradzę. W każdym razie, wyszło mi to na dobre. Bo chociaż szał na książki opadł tylko trochę i wiele osób czytających bloga pytało o to czy czytałam, nadal łatwiej było się przekonać do książki i całej fabuły.  Na całe szczęście capnęłam się za tę serię po angielsku i nie ucierpiałam za mocno. Bo kiedy już uderzyła we mnie polska edycja, zastanawiałam się co państwo z wydawnictwa mieli w głowach, kiedy dochodzili do momentów, gdzie pytali ludzi o pomoc w „wymyśleniu” tytułów…

 

Zacznijmy zatem od początku:

Król kruków (489 str.)

Historia zaczyna się trochę niewinnie i całkiem nieźle. Trzech przyjaciół: Gansey, Adam i Ronan uczących się w elitarnej szkole dla chłopców, obsesyjnie poszukują tajemniczej linii mocy oraz mitycznego Króla kruków – Glendowera. Z ich powodu oraz z powodu pewnej dziewczyny imieniem Blue, ciche i spokojne miasteczko Henrietta staje się scenerią niezwykłych wydarzeń. A kiedy cała czwórka trafi do magicznego lasu, gdzie czas płata figle…nic już nie będzie takie samo.

 
Spodziewałam się czegoś mniej mrocznego, szczerze mówiąc. I wiem, trafią się tacy, co się zaraz zaczną rzucać: Hasacz, gdzie ty tam widzisz mrok?
Wszystko zależy od interpretacji, ale mroczna była przygoda bohaterów w tym magicznym lesie. Tak samo jak moce, które zaczęły na nich czyhać. Pamiętajmy, że to nie jest szkoła. Nikt wam klucza interpretacji nie narzuci. Możecie to rozumieć jak chcecie. Jednak jak na Maggie Stiefvater przystało, działo się wiele i nawet jak na pierwszy tom, który tradycyjnie ma być wprowadzeniem do serii, nie było nudno, a człowiek momentami nie wiedział co się z nim dzieje. Autorka wie jak budować napięcie, jak kreować postaci i przede wszystkim dostarczyć czytelnikowi quality contentu. Brzmi słabo, ale bez zdradzania zbyt wielu szczegółów, trudno jest napisać coś bardziej sensownego.

 

Złodziej snów (479 str.)

Ronan Lynch ma sekret, który ukrywa przed swoimi przyjaciółmi, ale również przed samym sobą. Od ostatnich wydarzeń, które zmieniły ich życie. Co więcej Ronan coraz bardziej zapada w swoje sny, które mieszają się coraz bardziej z rzeczywistością, a na dodatek okazuje się, że nie tylko Ronan pragnie przedmiotów, które wyciąga ze swoich snów. Również Szary Mężczyzna pragnie pewnej relikwii, w której posiadaniu jest chłopak – przynajmniej tak uważa mężczyzna. Stawką jest wielka moc i ktoś musi być gotowy by jej użyć.

 
W kontynuacji Króla kruków trzyma poziom i nie nudzi. Przyznam szczerze, że denerwował mnie okrutnie Gensey, ale wiadomo – ile ludzi tyle opinii. Akcja w tej części była trochę chaotyczna, przy czym nie było to tak wyczuwalne przez nawał nowych informacji, wydarzeń i wszystkiego czego nie było w w takiej ilości w poprzednim tomie. Jako fanka twórczości Stiefvater, nie poczułam się zawiedziona. Przeciwnie. Mam wrażenie, że autorka z każdym tomem pisze coraz lepiej – i to się powtarza przy każdej serii. Autorka wie co zrobić, żeby nie zanudzić czytelnika. A do tego postać Ronana sprawiała, że włączały mi się instynkty macierzyńskie.

 

Wiedźma z lustra (413 str.)

Jeśli chodzi o trzeci tom, miałam z tym trochę więcej problemu, ale tylko dlatego, że dopiero tutaj wyczułam, że książka ma wątek romantyczny, którego wcześniej z jakiegoś powodu nie był czuć aż tak bardzo. Blue dorastała w domu pełnym kobiety, z których każda miała nadprzyrodzone zdolności. Co więcej, dziewczyna jest obciążona straszliwą klątwą, która sprawi, że chłopak, którego pokocha umrze, jeśli Blue go pocałuje. Na swojej drodze życia poznaje niezwykłych chłopców, którzy chcą odnaleźć tajemnieczego, walijskiego króla, który śpi w jaskini, na przecięciu magicznej linii.

W Blue Lily, Lily Blue akcja nabiera odrobinę innego tempa, ale nadal jest to bardzo zadowalająca książka. Dostajemy więcej informacji o Blue, jej mocach i rodzinie. Nie mniej jednak, bardziej interesuje mnie co działo się z chłopcami, którzy nadal chcieli przebudzić Glendowera. I miałam wrażenie, że autorka specjalnie odwlekała w czasie wiele ważnych wydarzeń, tylko po to, żeby czytelnikom pękały serca, albo żeby ci nie wyrabiali z irytacji. Bo może. No i nie podobało mi się, że książka, która miała potencjał na tak świetną i obszerną opowieść, zamknięta została w nieco ponad czterystu stronach. BÓL. Ale jakościowo cudo ( trochę za dużo bólu nad wątkiem miłosnym, ale nadal preszys ).

 

Przebudzenie króla (463 str.)

W ostatnim tomie najwięcej było o wątku Ganseya, który mocno działał mi na nerwy. Dobra, stary, rozumiem. Jesteś zakochany. Ale po co wzdychać do ukochanej non stop. Rozumiem, jesteś napalony, ale ogarnij testosteron i libido. Rili. Koledzy ci się napierdzielają, żeby przebudzić walijskiego króla z jaskini. <- generalnie połowę książki to mi się darło we łbie, bo trochę za głośno myślał o Blue, ale koniec końców to przecież seria o miłości, przyjaźni, magii i tak dalej. ( wolność interpretacji, nie srać ogniem ).

 
Ostatni tom przyniósł wiele pytań, ale i jeszcze więcej odpowiedzi. Naturalnie wszystkie moje shipy poszły się bujać na hamaku obok lemurów, ale nadal nie zmienia to faktu, że naprawdę uwielbiam tę serię. Podobnie jak kilka innych serii z tamtego roku. Podobało mi się rozwiązanie problemu z przebudzeniem króla, chociaż nadal nie mogę przeżyć tego zakończenia. Autorka nie rozpieściła. Mimo wszystko.

 

Całościowo seria układa się wygodnie na półce obok ulubionej Porwanej Pieśniarki, Królowej Tearlingu i Królotwórcy i królobójcy. Miód. ( nadal będę przeżywała, że moje shipy nawet nie były brane pod uwagę </3 )

 

Za książki bardzo gorąco dziękuję księgarni:
logo

Szczególnie polecam księgarnię czytam.pl ze względu na ich naprawdę dobre ceny oraz promocje – plus do każdego zamówienia dodawana jest mega urocza zakładka, ewentualnie cały ich komplet. Dodatkowym plusem jest też świetny kontakt z klientem i jeśli książka, którą zamówicie przyjdzie uszkodzona, zostaniecie powiadomieni o tym fakcie, nawet jeśli przyjdzie wam poczekać dzień dłużej na zamówienie. To się nazywa dbałość o klienta!❤

 

 

Hasacz.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s