„You are all the colors in one, at the full brightness” czyli o szczególnych książkach.

Niniejszy tekst zawiera spoilery do wspomnianych książek. Czytasz to na własną odpowiedzialność.

Hasacz.

G’day my mates.

Wiecie jak to jest, kiedy czytacie książki i naprawdę to kochacie, ale okazuje się, że nie jesteście w tym względzie częścią swojej rodziny? Ile razy słyszałam, że powinnam sprzedać książki, bo tylko zajmują miejsce. Owszem. Zajmują, a ja książek elektronicznych nie lubię. Nie ma na świecie lepszego uczucia dla osoby czytającej jak uczucie trzymania książki drukowanej w rękach. To oczywiście moje zdanie, ale nadal prawda.

Od początku swojego życia jako ten tak zwany książkoholik czy tam mól książkowy – niepotrzebne skreślić – zaznaczałam, że nie jestem osobą, która powinna czytać książki z gatunków obyczajowych ejkejej typowych wyciskaczy łez czy książek, które w jakiś konkretny sposób mają oddziaływać na czytelnika. Powodów jest wiele. A ten tekst możecie potraktować jako kilka książkowych faktów o mnie. Skoro często o to pytanie, czemu nie połączyć kilku spraw w jedną.

Po pierwsze: Jestem osobą, która ma problem z nerwami. Z różnych powodów, których nie będę wam przytaczała, bo i tak nikt by tego nie zrozumiał. Nie to, że jestem wybuchowa. głośna owszem. Ale nie wybuchowa. Mam po prostu pewien typ nerwicy, który objawia się bardzo boleśnie i nie odpuszcza tak szybko, kiedy dochodzi do ataku. Mało medyczna nazwa na ten typ nerwicy to nerwica serca, którą często myli się z inną wadą serca, która bywa śmiertelna – niestety nie w moim przypadku.

Zapytacie pewnie: Hasacz, ale po co nam to piszesz?
Ano po to, żebyście zrozumieli kilka rzeczy. Niekoniecznie chcę przemawiać do waszych serc, sumień i tak dalej, bo nie przesadzajmy, to tylko tekst dla wyjaśnienia kilku rzeczy. Głównie mający na celu pokazanie tego, że uczucia jednak mam. Chodzi o to, że jeśli czytam książki, których misją jest wywołać u czytelnika stan rozpaczy, złamać mu serce, potargać nerwy tak mocno, że będzie miał miesięcznego kaca książkowego – ja sobie odpuszczam. Z wyżej wymienionego powodu. Uwierzcie mi, że kiedy dochodzi do ataku takiej nerwicy, jest gorzej niż źle.

Jednak nieświadomie, jakiś czas temu, kiedy istniała jeszcze księgarnia książka i prezent, czy tam kiedy byłam tym czytelnikiem, który nie przykłada takiej wagi do skrótów fabularnych na tylnej okładce, wpakowałam się w poważne szambo, które sprawiło, że moje midori kokoro naprawdę mnie za to znienawidziło.

1. Jennifer Niven – Wszystkie jasne miejsca.

978-83-64481-71-0_1444114421Historię Violet i Fincha znają ci, którzy książkę czytali. Osobiście byłam przekonana, że to będzie jedna z tych historii z kolorowym, ciepłym zakończeniem, które tak bardzo przyprawiały mnie o mdłości. I których tak szczerze nienawidziłam.

Problem polega na tym, że im dalej szłam w książkę, tym bardziej miałam to paskudne uczucie gdzieś w środku, że powinnam przestać czytać. Za bardzo polubiłam Fincha. BA! Zakochałam się w tej postaci tak bardzo, że kiedy przychodziły momenty, w których opisany był jego stan umysłowy, miałam ochotę go przytulić i nigdy nie puszczać. Jednak książkę czytałam późno w nocy, to był sylwester, czyli dzień, kiedy ta książka do mnie dotarła. Możecie sobie tylko wyobrazić co się działo z takim hasaczem, kiedy Violet zadzwoniła do pani Finch. Przyznam się szczerze i bez żadnego koloryzowania, o które ciągle się posądza blogerów: mam łzy w oczach do dzisiaj, kiedy tylko myślę o tej książce. A w nocy gdy to czytałam, nie mogłam się uspokoić i dostałam takiego ataku, że przez godzinę nie mogłam złapać normalnego oddechu, ani powstrzymać łez. Taka jest prawda. Jednak to nie świadczy o tym, że książka była zła. Przeciwnie. To jedna z najlepiej napisanych książek, które poruszają problem chorób mentalnych jaką przyszło mi przeczytać. KIEDYKOLWIEK. Powinniście ją przeczytać, nawet jeśli zdradziłam co nie co. Bo warto. Polecam również Holding up the universe tej samej autorki ( książka wyjdzie w Polsce w tym roku ).

*Cytat z tytułu tekstu pochodzi z książki All the bright places czyli Wszystkie jasne miejsca.
Jesteś wszystkimi kolorami w jednym, w ich pełnej krasie
– Theodore Finch

2. Kim Holden – Promyczek.

5e24c0e036O tej książce słyszał każdy. Ci co ją czytali dzielą się na dwa obozy. Tych, którzy mają ból dupy o niedociągnięcia ( które w zasadzie niedociągnięciami nie są), a także na tych, którzy książkę kochają i wielbią pod każdym względem. Gówna była dookoła niej co nie miara. Osobiście uważam się na Szwajcarię w tym momencie, bo jestem gdzieś po środku. Taki LoveHate Relationship.

Głównie dlatego, że wiem co to znaczy znajdować się w sytuacji w jakiej była Kate czyli tytułowy Promyczek. Wiem jak to jest umierać i chcieć odsunąć od siebie najbliższych, żeby nie cierpieli po twojej śmierci. I wiem jak wygląda takie leczenie, które uskuteczniano na bohaterce. I żadne pieprzenie, że autorka jest durna i nie zrobiła researchu nie jest tłumaczeniem. Książka była trochę denerwująca ze względu na swego rodzaju trójkąt miłosny, który w zasadzie trójkątem koniec końców nie był. Jednak cała sytuacja z Kate i Kellerem oraz Gusem doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Do tego opis ostatnich chwil bohaterki był tak cholernie znajomych dla mnie samej, że zanosiłam się płaczek przez dobrą godzinę i ilekroć patrzę na tę książkę, która teraz spokojnie leży na półce z Gusem i innymi młodzieżówkami – tak jestem cholernie wdzięczna czytam.pl za wysłanie mi jej do recenzji. Polecam też trzecią część z serii Bright Side autorstwa Kim Holden czyli Franco. Wyjdzie w Polsce, ale niem jeszcze kiedy.

3. Lisa de Jong – Kiedy pada deszcz.

DrukowaniePomijam już fakt, że z Lisą de Jong większość czytelników, których „wysłuchałam” po swojej recenzji, miała cholerny problem. Bo schemat, bo przesada, bo nie wzrusza jak powinno. No nie wiem. Osobiście przyznam szczerze, że mimo zalatywania trochę schematem aka TFIOS czy Bright Side, książka poruszyła mnie tak, że wyłam. Naprawdę bardzo płakałam i to bolało jak jasna cholera.

Dlaczego? Ano dlatego, że temat gwałtu i zamiatania wszystkiego, bo zrobił to jakiś bogaty bachor, któremu wszystko się wybaczało, wkurwia mnie maksymalnie i już nawet nie przejmuje się, że przeklinam, choć nie powinnam. Główna bohaterka została zgwałcona, a co za tym idzie po upływie czasu nadal jest zamknięta na pewne tematy, ogranicza swoje życie do minimum. Tego wymuszonego minimum. Wtedy pojawia się on. Przystojny, błyszczący szelmowskim uśmiechem, uwodzicielski, ciepły i kochający. Z jakiegoś powodu zwraca na nią uwagę i chce jej pomóc. A kiedy dziewczyna oddaje mu serce, otwierając się dla niego całkowicie…przychodzi makabryczny koniec. I koniec mojego pieprzonego serducha, kiedy po raz kolejny ścisnęło mnie tak, że nie mogłam oddychać. Asher Hunt był tym typem bohatera, którego na początku się nienawidzi, a potem zakochuje się w nim i każdy inny, przy nim, wydaje się durną kluchą.

Lisa de Jong pozamiatała moje znerwicowane serducho.

4. Mia Sheridan – Bez Słów.

bezslowZ Mią Sheridan bywa różnie. Zwłaszcza w odbiorze jej książek i jej czytelnikami. Niektórzy naprawdę potrafią kompletnie rozpierdolić wszystko i pokazać, że nie rozumieją zamysłu książki. Ale spoko. Ja też często jestem tą osobą, do której geniusz nie trafia.

Bo historia Bree i Archera nie wydawała mi się schematyczna. Bo c’mon. Ile jest książek, gdzie chłopak po wypadku w dzieciństwie traci zdolność komunikacji werbalnej, a do tego jest chowany przez jakąś umysłową spierdolinę w postaci byłego wojskowego, którego zdradziła żona? Bree też swoje przeszła, ale w jej przypadku trochę słabo autorka poprowadziła cały etap godzenia się z tragedią i tak dalej. Jednak nie o to mi chodziło. I nie to mnie poruszyło tak by książka wylądowała na tej liście. Chodziło o moment pod koniec całej książki, kiedy facet odpowiedzialny za tragiczne wydarzenia w życiu Bree odnajduje ją i chce ją zastrzelić. Jednak jak można się domyślić, Archer broni swojej ukochanej. I powiem wam jedno. CLIFF HANGERS MY MATES! Czytałam książkę najpierw w pdfie, bo miałam ją zrecenzować przedpremierowo dla Otwartego. I teraz imaginujcie sobie. Hasacz siedzi przed laptopem, który ustawiony jest na stoliku. Przed laptopem na tym samym stoliku stoi kubek z gorącą herbatą. Drzwi do pokoju są otwarte. Zagląda do mnie ojciec. I pyta: Nika, co się dzieje? ( niestety mam na imię Weronika, to też dorobiłam się durnych zdrobnień). Patrzę a ojca i nie rozumiem o co pyta, a świeżo przeczytałam wyżej opisany fragment. Zatem Heniek, ojciec mój kochany ponawia pytanie: Czemu płaczesz?
I  wtedy hasacz wybucha histerycznym płaczem, próbując nieskładnie wyjaśnić ojcu, że zabili moją ulubioną postać.
Naturalnie zostałam okrzyknięta debilem i na tym troska ojca się skończyła, ale to nie zmienia faktu, że miałam potężnie nadłamane serduszko. BARDZO MOCNO.
Polecam też od autorki Bez Winy i Bez Szans.

5.  Danielle L. Jensen – Waleczna czarownica.

8a0b555419f9da66410d58fb3689c1c3O książkach Danielle L. Jensen słyszał każdy, kto ogarniał recenzje Anity z Book Reviews by Anita. I kto widział moją recenzje Porwanej pieśniarki. Historia zapowiadała się uroczo jak jasny gwint, słodko i cieplutko. Ale Jensen powiedziała wredne, zimne : NO! IT WOULDN’T! z niemieckim akcentem, bo niemiecki to piekielny język. I napisała tak bolesną trzecią część, będącą zwieńczeniem całej serii, że miałam ochotę krzyczeć i warczeć.

Ceną za pomoc od króla Lata, którego Cecile i Tristan poprosili o pomoc, było oddanie mu poddanych. Jak się okazało jedyną osobą, która potrafiła to zrobić, była sama Cecile, która jednocześnie nie chciała tego robić, biorąc pod uwagę fakt, że kochała i przyjaźniła się z większością trolli – trochę typowo, ale wybaczam autorce. Jednak w momencie, kiedy odesłała wszystkich i wydawało się, że wszystko będzie dobrze, że Tristan i Cecile będą żyć długo i szczęśliwie…król Lata się upomniał o swoje. Co więcej okazało się, że ten pieprzony, długouchy elf, którym gardzę jak gumą na podeszwie w upalny dzień, zażądał oddania mu Tristana…TRISTANA!! A do tego Cecile okazała się być w ciąży!! Czyste skurwysyństwo i nędza umysłowa. Klękajcie narody. Płakałam. Oczywiście, że płakałam! Kto by nie płakał!? Cierpiałam mocno podczas czytania tej książki jak jasny gwint. Co nie zmienia faktu, że to jedna z najlepszych serii młodzieżowych z gatunku fantasy, które czytałam EVER. Polecam much też Porwaną pieśniarkę i Ukrytą łowczynię.

Mniej więcej tak wygląda moja lista książek, które zrobiły mi coś w serduszko. Oczywiście takich, które przeżywałam inaczej, albo po prostu mnie wkurzyły ( albo też wkurwiły ) do granic możliwości było więcej. Jednak oszczędzę wam czytania większej ilości bluzgów.

Dajcie znać czy wam coś podobnego zrobiła któraś z tych książek i nie jojczcie, że nie ostrzegałam przed spoilerami.

Hasacz.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s