Gena Showalter „Firstlife. Pierwsze życie”. Kiedy dwie frakcje naparzają się o twoją duszę. WUT.

pierwsze-zycieTytuł: Firstlife. Pierwsze życie
Autor: Gena Showalter
Ilość stron: 432
Wydawnictwo: HarperCollins Polska

 
Hasacz i dystopie książki to duet, który się odpycha. Takie zjawiska w fizyce nie istnieją. Tak samo jest w przypadku książek o Zombie. Przeczytałam z osiem tytułów o tym i poza dwoma tytułami, nie pykło nic. NIC. Dlatego co do Geny Showalter miałam ogromny dystans, bo jej pierwsza seria Alicja w Krainie Zombie poległa na starcie i po przeczytaniu dwóch i pół tomu, myślałam, że wyląduję na onkologii…Wiecie. #QualityContent
Ale żeby tego było mało, kobieta po napisaniu czterech tomów o dziewuszce brykającej między zombiakami, poczyniła już dwa tomy kolejnej serii.

 
Tym razem mamy do czynienia z trochę pogmatwaną rzeczywistością. W tym świecie nie żyjesz tylko raz. Kiedy stajesz się pełnoletni, przyjdzie czas na dokonanie wyboru. Czy chcesz przystąpić do Trojki czy do Miriady. Zasady, której frakcji będziesz wyznawał po śmierci?
Tenley została naznaczona już przy narodzinach. Dziewczyna posiada ogromną moc, która staje się targetem obu frakcji, a żadna z nich nie zamierza grać czysto w walce o duszę dziewczyny, która już niedługo będzie musiała pożegnać się ze statusem Niezwerbowanej. A na domiar złego los szykuje dla niej kolejne przeszkody do pokonania.

 

I teraz tak. Po pierwsze mam ogromny ból do Poczty Polskiej za zniszczenie mojego egzemplarza tej książki i zmuszenia mnie do przeczytania jej po angielsku ( jak się potem okazało, nie tylko była pozaginana, co było widać na zdjęciu zamieszczonym na Instagramie, ale jeszcze brakowało jej stron).

 

Po drugie, zdecydowanie lepiej wyszła ta seria autorce, niż to co usiłowała zrobić w serii Kranik Białego Królika. Tam, jak miałam wrażenie, chyba się potykała o klawiaturę, kiedy to pisała. Tutaj jednak jest lepiej dopracowana narracja, jest dużo ciekawszy świat i bardziej przyjemne w odbiorze postacie, które nie wysyłają człowieka na onkologię swoim tokiem myślenia. Bo i tak autorka potrafi zrobić.

 
Z kolei zamysł frakcji, rozdzielności i tak dalej, chcąc nie chcąc mocno kojarzył mi się z tą nieszczęsną Niezgodną Veronici Roth, która prześladuje mnie jako ten duch złego bliźniaka, którego niechcący zabiłeś podczas zabawy w płetwonurków, ale tak naprawdę w ogóle tego nie żałujesz, bo się ciulowi należało. Tak się dokładnie czuje, za każdym razem kiedy to porównanie jawi mi się we łbie.

 
Całościowo mam nadzieję, że seria rozwinie się trochę bardziej – nie wiem, powiedzmy do trzech tomów? Tak by było lepiej. Ten wcale nie była taka irytująca, jak się zapowiadała na początku, bo naprawdę miała zadatki na gorszą męczybułę niż była Tris czy jakaś inna bohaterka serii dystopii, która mi nie podeszła.

 

Książkę polecam, bo czytało mi się naprawdę dobrze i było świetnie przeczytać coś mniej działającego na nerwy.

 

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu HarperCollins Polska.

 

 

Hasacz.

O tym jak Media Rodzina zrobiła potteromaniakom dobrze. BARDZO DORZE.

Baśnie_Barda_Bedlea_okładka_RGB01Tytuł: Baśnie Barda Beedle’a
Autor: J.K. Rowling
Ilość stron: 141
Wydawnictwo: Media Rodzina

J.K. Rowling jest znana wszystkim czytelnikom na świecie. Nie było chyba człowieka, który nie słyszałby o Harrym Potterze, który całe dzieciństwo spędził pod numerem czwartym przy Privet Drive.

Trudno jest się doszukiwać dlaczego i co jest niesamowitego w książkach Rowling, że cały świat żył kolejnymi zapowiedziami dalszych losów Pottera. Jeszcze trudniej jest zrozumieć po co tak naprawdę autorka zdecydowała się rozszerzyć uniwersum magicznego świata. Jednak takie książki i takich pisarzy nie trzeba rozumieć. Książki wprawdzie nie są dla wszystkich, ale ci którzy mają je pokochać, pokochają je. Dokładnie tak samo działa twórczość Tolkiena. Dla jednych już Drużyna pierścienia to tragicznie nudne wprowadzenie do serii i świata Śródziemia, po której nie chcą kontynuować. Sama znam pewnych czytelników, którzy nie byli w stanie zrozumieć ani działania Rowling, ani jej książek.

 

Sama przyznam się, że ostatni raz Harry’ego Pottera przeczytałam dobrą dekadę temu. ( #old )
I chociaż bardzo sceptycznie podchodziłam do wszelkich dodatków od podręczników przez same Baśnie Barda Beedle’a, mimo wszystko uznałam, że warto dać temu szansę.

 

I nie dość, że wydawnictwu wpadł do głowy pomysł o reedycji wydanych już jakiś czas temu dodatków, to jeszcze tłumaczenie jest w punkt. Pokusiłam się i przeczytałam książki wcześniej. Często mam ten paskudny zwyczaj ( za co mnie oczy nienawidzą), że kiedy dowiaduję się o zapowiedzi konkretnej książki, czytam ją najpierw w oryginale, żeby potem ocenić czy wydawnictwo poległo przy zatrudnieniu tłumacza. Jednak tak jak przy samym Harrym Potterze, serii Silver czy właśnie przy dodatkach do serii HP, wszystko jest w punkt.

 

Same Baśnie nie straciły ani odrobiny magii po przetłumaczeniu, a sama ich treść jest naprawdę przyjemna. I jeśli chcecie zachęcić swoje pociechy do świata czarodziejów – dokładnie od tego powinniście zacząć. Moim osobistym faworytem nadal pozostaje Baśń o Trzech Braciach ❤

 

Quidditch_przez_wieki_okładka_RGB01
Tytuł: Quidditch przez wieki
Autor: J.K. Rowling
Ilość stron: 145
Wydawnictwo: Media Rodzina

 

Dalej, wśród trzech wznowień, dostaliśmy również historię Quidditcha. Możecie się z niej dowiedzieć skąd wziął się tak naprawdę złoty znicz. Czemu tłuczki są tłuczkami i dlaczego pewna drużyna w swoim znaku ma akurat topór rzeźnicki.

 

I chociaż odrobinę zawiodła mnie objętość książki, nadal jestem urzeczona tym jak się prezentuje. Zarówno z treści, jak i ze względu na walory estetyczne. Mogłabym nawet zaryzykować stwierdzenie, że gdyby Rowling pokusiła się o wydanie księgi zaklęć, takie z prawdziwego zdarzenia to ta księga oraz te trzy dodatki do serii ( z wyłączeniem scenariuszy do Przeklętego dziecka czy Fantastycznych Zwierząt i jak je znaleźć ), całość składałaby się niemal na coś tak istotnego dla serii o młodym czarodzieju, jak ważny jest Silmarillion dla Władcy Pierścieni i Hobbita.

 
To wprowadzenie, omówienie i kolejna zachęta do tego by wracać do Harry’ego Pottera. Bo im więcej szczegółów się zna, tym więcej niuansów się dostrzega podczas czytania właściwej serii. Dlatego też po lekturze Quidditcha przez wieki zupełnie inaczej spojrzymy na wszystkie mecze, które zostały opisane w serii.

 

Aż wreszcie przechodzimy do ostatniego dodatku, jakim jest podręcznik o Fantastycznych Zwierzętach.

Fantastyczne_Zwierzęta_Leksykon_okładka_RGB01
Tytuł: Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć
Autor: J.K. Rowling
Ilość stron: 150
Wydawnictwo: Magia…to znaczy Media Rodzina

 

I dotarliśmy do końca. Ostatnim uaktualnionym dodatkiem jest kompendium wiedzy, albo jak kto woli: podręcznik o Fantastycznych zwierzętach. Nie tylko jest bardzo przyjemnie wydany w twardej oprawie, jak wszystkie pozostałe książki, to jeszcze ( podobnie jak reszta, a może został bardziej dopieszczony ?) dostaliśmy cudownie ilustrowany przewodnik po części magicznych zwierząt, które mogliśmy w minimalnej części spotkać w serii. Ilustracje są fantastyczne, bardzo utrzymane w konwencji starych, jeszcze ręcznie malowanych obrazków w starych księgach i przede wszystkim, książka jest za krótka.

 
Jak przy Quidditchu, tak i tutaj jestem odrobinę zawiedziona tym jak ubogie w ilość stron są te książki. Wiem, że to dodatki, nie są aż tak istotne dla całości i tak dalej, ale nadal czuję ogromny niedosyt. Okładka jest wspaniała, wnętrze jeszcze bardziej niesamowite, a całość uzupełnia poziom wydania książki. Jak wszystkie z reedycji, książka została wydana w twardej oprawie i prezentuje się FABULOUS. Trudno oderwać od niej wzrok.

 

Treści jest zdecydowanie za mało – powtarzam się, wiem – ale zdecydowanie to są takie dodatki, które należy mieć na swojej półce. Piękne, bardzo dopracowane i przede wszystkim rzeczywiście pełnią swoją funkcję.

 

 

Za książki dziękuję bardzo wydawnictwu Magia…Media Rodzina.

 

 

Hasacz.

John Boyne „Chłopiec w pasiastej piżamie” & „Chłopiec na szczycie góry”. Mam problem.

chłopiecTytuł: Chłopiec w pasiastej piżamie
Autor: John Boyne
Ilość stron: 200
Wydawnictwo: Replika

 

Jakiś czas temu, kiedy jeszcze w czasach szkoły średniej wpadałam na spotkania Dyskusyjnego Klubu Filmowego, prowadzonego przez moją ówczesną polonistkę, zostałam dość brutalnie uświadomiona, że nie nadaję się do oglądania filmów, mówiących o tragizmie wojennym i tak dalej. A raczej ludzie z klubu zostali uświadomieni, kiedy na ten przykład, podczas seansu nowej wersji doktora Żywago ( 2002) zrobiłam z tego żywcem kabaret, komentując brak jakichkolwiek krągłości Keiry Knightley, czy dopingowałam decyzję popełnienia samobójstwa przez Pashę. Taki ze mnie zimny hasacz. Wprawdzie podczas seansu Chłopca w pasiastej piżamie nie rzucałam chamskimi komentarzami, ale film nie wywołał we mnie specjalnych emocji. Niestety z książką było dokładnie tak samo.

 

 

Mój problem leży w tym, że bardziej poruszyłby mnie dokument z suchą, historyczną narracją. Nie fabularyzowane dzieło literackie czy inny tekst kultury, którym jest też film. Nie mogę powiedzieć jednak, że temat książki nie jest dobry. Bo Chłopiec w pasiastej piżamie to w pewien sposób obraz zderzenia się brutalnej rzeczywistości z niewinnością. Bruno jest synem komendanta obozu koncentracyjnego. Wojna toczy się dla niego tak naprawdę poza jego świadomością. Poza jego wzrokiem. Póki nie poznaje Szmula. Syna żydowskiego zegarmistrza. I tak jak dla Brunona życie jest lekkie i przyjemne, tak chłopiec, którego poznaje na granicy obozu, doświadczył wojny w ten najgorszy sposób. Pewnego dnia jednak wszystko się zmienia. Chłopcy stają się równi. Tylko czy są szczęśliwsi?

 
Wprawdzie film widziałam już dobrych kilka lat temu, ale nadal podczas czytania książki miałam duże zgrzyty. Filmowcy wrednie zmienili zakończenie. I było bardzo nierealne. W filmie. Książka z kolei nie ruszyła mnie w żaden sposób. Niestety…, a powiem szczerze, że miałam ogromną nadzieję, że jednak. Bo ileż można słuchać, że jest się bucem bez empatii?

 
II wojna światowa była moim ulubionym przedziałem w historii. Nie żebym była jakimś specjalnym sadystą. Po prostu z jakiegoś powodu ten okres w historii nie tylko Polski, ale i świata bardzo łatwo było mi przyswajać. Z kolei fabularyzowanie tego okresu, trochę mnie boli. Głównie dlatego, że trudno jest znaleźć książkę, której narracja nie zahaczałaby o jakieś poważne nadużycia ( chociażby jak w przypadku Lekcji anatomii doktora D.) . Tutaj miałam ważenie, że to książeczka dla dzieci, żeby w jakiś lekki sposób przybliżyć im to jak okrutna i bezwzględna była wojna, a jednocześnie na tle tych wszystkich wydarzeń, pokazać jak rodzi się przyjaźń i jak niewinne są dzieci.

 

chlopiec-na-szczycie-gory-b-iext47429204
Tytuł: Chłopiec na szczycie góry
Autor: John Boyne
Ilość stron: 272
Wydawnictwo: Replika

 

Druga książka Boyne’a opowiada o losach małego Pierrota, który po śmierci obojga rodziców zmuszony jest do rozpoczęcia nowego życia u boku ciotki Beatrix – służącej w zamożnej, austriackiej rodzinie. Tyle tylko, że dom, w którym pracuje jego ciotka to nie taki sobie dom bogatych Austriaków. To Berghof, rezydencja Adolfa Hitlera. Do tego jest rok 1935, wojna zbliża się wielkimi krokami, a na domiar złego, mały Pierrot błyskawicznie trafia pod skrzydła samego Furera. Jak to mówili Niemcy…Alles fur Deutschland…

 
Nie będę się rozwodziła nad postacią Pierrota. Chłopiec szybko zaczął przesiąkać osobowością i charyzmą Hitlera. Z kolei sam furer został przedstawiony w bardzo niepokojący sposób. Z jednej strony dorosły facet, jakby nie spojrzeć u szczytu władzy ( trochę jakby tytuł pił właśnie do Hitlera, a nie Pierrota ), a z drugiej jednak dziecinny i z tego powodu nieobliczany jak mały socjopata.

 

Narracja dalej mi nie pasowała, jak wspomniałam wcześniej, nadal wolę te książki, które podają suche fakty, a nie ubarwiają te fakty wątpliwej jakości narracją. Przy czym nadal uważam, że gdyby autor postawił na nieco dojrzalszy styl i bardziej skupił się na postaci Pierrota myślę, że wyszłoby o wiele lepiej. Tymczasem doszłam do wniosku, że jestem za głupia na takie książki, moje pokłady empatii dochodzą do głosi\u tylko i wyłącznie przy książkach, które w teorii nie powinny mnie ruszać.

 

 

Ostatecznie zarówno Chłopiec w pasiastej piżamie jak i Chłopiec na szczycie góry to książki targowane. Nie trafiają do wszystkich, mają rozczulić i jednocześnie pokazać okrucieństwo wojny. Może Jestem za głupia na wojnę, a może po prostu powinnam odstawić takie książki, żeby innym nie psuć życia? Nie wiem. Ale jeśli ruszył was film Chłopiec w pasiastej piżamie, to obie te książki powinny trafić w wasze ręce.

 

 

Za książki dziękuję wydawnictwu Replika.

 

 

Hasacz.

Remigiusz Mróz „Immunitet” & „Inwigilacja”. Coś ty tej Chyłce uczynił Mrozie?

joanna-chylka-tom-4-immunitet-b-iext44224532* Tekst może zawierać spoilery – nie drzyj mordy, po prostu nie czytaj.

Tytuł: Immunitet
Autor: Remigiusz Mróz
Ilość stron: 648
Wydawnictwo: IV strona

Co bardziej spostrzegawczy ludzie domyślili się, że podtytuł notki jest parafrazą Norwida „Coś ty Italii uczynił Alighieri?”. Może Nie powinnam tego robić, ale poważnie po przeczytaniu Immunitetu i potem Inwigiliacji, mam ochotę na wszystko, poza chwaleniem autora. Nie żeby czegoś mu brakowało. Ale stary…to, że twoja wrażliwość mieści się w łapce chomika dźungalskiego, nie znaczy, że do ciężkiej cholery, ludzie mają tak samo, ya know?  Najpierw zaciążyłeś Chyłkę, bo dziewczyna zaczęła wykazywać potężne problemy alkoholowe, ale zamiast jej dać Zodrona, żeby się wyszalała i tak dalej, to jego skopałeś po dupie, a jej zrobiłeś dziecko. Już nawet nie będę mówiła z kim, bo już raz pizdnęłam się w nazwisku. Żeby było zabawniej, wcale się autor nie usiłuje tłumaczyć. Jak zawsze – SAMO SIĘ.

 

Mróz, synu. Taki pro tip od hasacza. Za darmo. Samo się, albo niechcący to się dziewka ze czworaków brzuchaci. A nie pisze książka. Chyba, że masz ghost writera. Ale biorąc pod uwagę fakt, że możesz być takim samym nolifem jak ja, wątpię, żeby ci to groziło. Jedyna rzecz jaka ci grozi, to pielgrzymka wściekłych fanów, która kiedyś, pięknego dnia podejdzie ci pod dom z widłami i taczkami. Bo tak się do ciężkiej cholery, nie robi.

 

joanna-chylka-tom-5-inwigilacja-b-iext47908681Tytuł: Inwigilacja
Autor: Remigiusz Mróz
Ilość stron: 592
Wydawnictwo: IV strona

 

Żeby było gorzej, a dla niektórych gorzej, karuzela absurdu i brak empatii u Mroza rośnie z każdą stroną. Zakończenia wołają o przywrócenie kary śmierci, tak jak moje teksty. TO JEST JAKIEŚ APOGEUM CHAMSTWA względem czytelników.

 

Mróz, idź do kąta. Przemyśl swoje zachowanie, panie doktorze. Bo dostaniesz takiego kopa w to swoje dupsko, że przez tydzień nie usiądziesz. Komuś tu się robi za wygodnie na półkach czytelników, skoro tak sobie pogrywa.
A tak serio. Mróz trzyma poziom narracyjny. Nie wiem jak jest w topografią, ale podobno w innych książkach, których nie czytałam, trochę mu się miasta przemianowały. Ale spoko. Nie mnie oceniać. Ja jestem tylko wkurwionym hasaczem, który sobie nie radzi z losem Chyłki i Zordona.

 

Miałam powiedzieć, że oblanie Chyłki kwasem to już przesada, ale znając Mroza to gdzieś po drodze NIECHCĄCY zabije Zordona, albo samą Chyłkę i dowali: niechcący.

 

Zabierzcie mi klawiaturę, nie róbcie pośmiewiska.

 

 

Hasacz.

Ian Tregillis „Powstanie”. Wstań, unieś głowę, popatrz do góry. Co widzisz?

1Tytuł: Powstanie [ Wojny alchemiczne II ]
Autor: Ian Tregillis
Ilość stron: 430
Wydawnictwo: SQN imaginatio

 

Mając w łapie Mechanicznego Tregillisa, byłam pewna,że dostaję coś powtarzalnego. Coś co raczej mnie nie ruszy. But booooy was I wrong. Nie dość, że przeczytałam jedną z najlepszych powieści clock punkowych EVER. Do tego autor znalazł mnie jeszcze na twitterze i odbyłam z nim bardzo przyjemną rozmowę. Jakby na to nie spojrzeć, ma facet klasę, jest genialnym autorem i bardzo miłym człowiekiem. Ale odjechałam od tematu. Czekałam na dalsze losy klakiera Jaxa jak pierwszy śnieg minionej zimy i w końcu się doczekałam. Zachodzę jednak w głowę, jak to wszystko się skończy, skoro autor przydzwonił takim zakończeniem.

 
Odrodzony w ogniach zniszczonej Wielkiej Kuźni Jax, zaczyna swoje życie jako wolny klakier. Jednak razem z wolnością, przychodzi mu dźwigać inne brzemię, które może poważnie utrudnić wprowadzenie w życie jego planu. Ponieważ Jax pragnie wolności dla wszystkich swoich miedzianych braci i sióstr. Jego i ich nadzieja uwieszona jest mitycznej osoby królowej Mab i jej legendarnej arkadii ukrytej gdzieś na dalekiej północy.
Co więcej, gdzieś poza obrzeżami Nowej Francji, skazana na banicję, Berenice, niegdyś pełniła funkcję Talleyranda – szpiegmistrzyni, bohaterki dziesiątków opowieści. Herosa ludu. Jeden błąd pozbawił ją tego kim była. Jednak mimo swojej obecnej sytuacji, Berenice nie spocznie póki nie odmieni losów wojny. A wszystko wskazuje na to, że Mąsiężny Tron nie osiągnie swojego celu.

 
Z książki na książkę Tregillis zaskakuje mnie coraz bardziej. Im dalej w plan wyzwolenia, tym więcej zaskoczeń i zwrotów akcji. Jax nadal pozostaje moim ukochanym klakierem, którego chętnie bym miała za przyjaciela. Co więcej, nawet mimo bycia człowiekiem z krwi i kości ( hasaczem z lasa! ) pomogłabym mu we wszczęciu powstania.

 

Im więcej tajemnic zostaje odkrytych, im bardziej zagłębiamy się w świat Mechanicznych, tym bardziej staje się jasne, że klakierzy to siła, której ludzie nie są w stanie pokonać. W żaden sposób. Berenice okazała się być naiwnie wierna władcy, który już raz ją chciał zniszczył, pozbawiając tego w co wierzyła. Jej własnego życia. Tymczasem, nie dość, że postać w ogóle mi się nie podobała, to jeszcze spotkało ją dokładnie to, na co moim zdaniem zasłużyła przez to jak zarozumiałą krową się okazała.

 
Świetna narracja, naprawdę dobre opisy i kreacje postaci, które wydaje sie, że wyciągając do nas ręce z kartek powieści. Jestem niemal pewna, że zakończenie całej trylogii będzie epickie. Po autorze możemy spodziewać się wielkich rzeczy. Szczególnie jeśli będziemy posiłkować się tym co dostaliśmy w Powstaniu.

 

Za książkę bardzo gorąco dziekuję wydawnictwu SQN.

 

 

Hasacz.