Lucy Gordon & India Grey „Spacer po Wenecji”. Trzy historie – jedno uczucie.

883642-n-aTytuł: Spacer po Wenecji
Autor: Lucy Gordon & India Grey
Ilość stron: 447
Wydawnictwo: HarperCollins Polska

 

Wenecja to miasto, w którym ludzie zakochują się bezgranicznie albo czują głębokie i gorzkie rozczarowanie, które zwyczajnie człowieka przygniata. Na pierwszy rzut oka miasto gwarne, kolorowe. Jednak kiedy gaśnie światło, a nas miastem unosi się mgła znad lagun, okazuje się ciężkie, mroczne, tajemnicze.  Osobiście nie pałam za dużą miłością do ojczyzny królowej Bony, stolicy renesansu. Po prostu jest coś takiego w tym kraju, co mnie odpycha ( chodzi o upał, ale kto by się tym przejmował ). Tyle, że nie z tym do was dzisiaj przyszłam. Dzisiaj trochę o Wenecji w trzech odcieniach. Przed wami zbiór trzech, stosunkowo długich opowiadań, które nadają się idealnie na zakończenie wakacji, urlop czy po prostu na chłodniejszy wieczór w domu, kiedy chcecie poczuć trochę włoskiego słońca.

 

Szklane serce z Wenecji to opowiadanie otwierające tak jakby trylogię opowiadań, które dzieją się we włoskiej miejscowości. Jeśli chodzi o szklane serce, jest to opowiadanie, przedstawiające o losach Heleny, którą do Wenecji sprowadzają sprawy spadkowe. Niedawno odziedziczyła fabrykę szkła na wyspie Murano. Zupełnym przypadkiem dowiedziała się też, że ambitny Salvadore ( nie Dali…), właściciel konkurencyjnej fabryki, podstępem planuje przejąc jej majątek. Helena jednak postanawia rzucić mu wyzwanie i utrzeć mu nosa.

Z kolei kolejne opowiadanie czyli Karnawał w Wenecji to historia Pietro i Ruth. Mężczyzna znużony obserwuje szalejącą nad Wenecją ulewę, kiedy przez okno dostrzega przemoczoną kobietę. Jak się okazuje, ma ona za sobą straszne przeżycia. Mężczyzna niezwłocznie proponuje kobiecie schronienie, a kiedy poznaje jej historie, nie waha się ani chwili  i proponuje jej mocno. W ten sposób, jego stateczne i spokojne życie, zmieni się w wielką, rwącą przygodę.

Trzecie z kolei i ostatnie opowiadanie to Premiera w Wenecji. Historia Lorenza, który na jednym z przyjęć poznaje piękną Sarah’e. Pech chciał, że owa piękna kobieta, posiada prawa do powieści, którą reżyser chciał od lat zekranizować. Wielokrotnie pisał w ten sprawie do Sarah’y, która zawsze odmawiała. Teraz jednak nadarza się okazja, by namówić ja do zmiany zdania osobiście. Tym bardziej będzie to niezwykle przyjemna misja, ponieważ Sarah podoba mu się coraz bardziej.

 

Każda historia jest przewidywalna i schematyczna, ale jednocześnie na swój sposób ciepła i przyjemna. Oczywiście nie obędzie się bez typowego, włoskiego dramatu, który równie dobrze mógłby nie mieć miejsca w historii, a wyszłoby na to samo. Jednak z drugiej strony mimo tej całej przewidywalności, przyjemnie czytało się zarówno o Helenie, Ruth czy Sarah, które tak naprawdę znalazły szczęście w tej nieszczęsnej Wenecji, u boku Włocha. Nie wiem dlaczego, ale ilekroć padały imiona męskich bohaterów, miałam poważne problemy z powstrzymaniem się przed nuceniem poniższej piosenki.

I niestety jest to uzasadnione – w bardzo zabawny sposób.

Ale skupiając się na książce, to jest to pozycja bardzo przyjemna, lekka i idealna na jesienne wieczory, które zbliżają się nieuchronnie. Możecie ją potraktować jako taką ostatnią przygodę wakacyjno- urlopową. Bardzo nieskomplikowane, przyjemne, z plastycznymi opisami, dzięki czemu łatwo sobie wyobrazić co autorki miały na myśli. Finalnie to pozycja bardziej dla kobiet, które lubią nieskomplikowane, kończące się zwykle w ciepły sposób, historie o kobietach niezależnych, pokrzywdzonych i tak dalej.

 

Ze swojej strony dodam tylko, że gdybym nie była tak wycofana, jeśli chodzi o literaturę stricte kobiecą, najpewniej ta pozycja miałaby wyższą ocenę na lubimy czytać niż 7/10.

 

 

Za książkę gorąco dziękuję wydawnictwu HarperCollins Polska.
 

Hasacz.

Amy Harmon „Prawo Mojżesza”. Nie władał wodą, woda zawładnęła nim.

prawo-mojzesza-b-iext43302746Tytuł: Prawo Mojżesza
Autor: Amy Harmon
Ilość stron: 357
Wydawnictwo: editioRED [sensus]

 

Nie ukrywam, że w pierwszej chwili, kiedy dostałam zapowiedź książki, byłam przekonana, że wydawnictwo oszalało, proponując mi jakieś katolickie książki. Ale głos rozsądku podpowiadał: hasacz…czytej opis dziewucho. No i przeczytałam. Całe szczęście okazało się, że wcale nie jest to to, co mi sugerował tytuł. Wiecie…prawo…Mojżesz…rzeczy. Cokolwiek. Ale – odpukać – pradawni bogowie czuwają nad hasaczem i tak oto daję wam..kociaki technolale!

A tak poważnie, to książka jest świetna – tylko dajcie sobie czas, przeczytajcie notkę dalej.

Gdy znaleziono go w koszu na pranie w pralni Quick Wash, miał zaledwie kilka godzin i był na granicy śmierci. Jego matka, młoda narkomanka, porzuciła go na pewną śmierć, która sama ją znalazła zaledwie kilka dni później. Mojżesz przeżył i wyrósł na chłopca z problemami. Urodziwy i egzotyczny, jednocześnie mroczny, niespokojny i milczący. Bardzo samotny. Budził lęk i fascynacje. I w tak oto, pewnego lipcowego dnia, Mojżesz trafia na farmę rodziców pewnej dziewczyny imieniem Georgia. Miał pomagać w codziennych obowiązkach, ona miała kategoryczny zakaz kontaktu z chłopakiem. Jednak to jak pracowity i energiczny był, przyciągało dziewczynę, podobnie jak to, że był oschły i niedostępny. Wbrew zakazom i zdrowemu rozsądkowi, zaczyna się do niego zbliżać i…tonie. W jego bólu, jego miłości i potrzebie ciepła.

Co było dalej. Wiele by pisać, mało odczuwać. Ale jeśli nie będziecie odczuwać, to raczej nie przekonacie się, o czym tak naprawdę jest Prawo Mojżesza.

Zacznę od tego, że nie dostawałam krucyfiksami po ryju, nie słyszałam ciągle zdrowasiek i tak dalej – czego spodziewałam się najbardziej, na samym początku. Potem jednak dostałam książkę do ręki i zaczęłam czytać. Najpierw uderzył mnie smutek i przejmująca pustka, którą nosił w sobie tytułowy Mojżesz. Podobnie jest z Georgią, która przecież nie powinna być z Mojżeszem, bo według ludzi to takie zło…Śmierć na dwóch nogach.
Przy czym w ogóle się nie zgodzę  z tym co zostało umieszczone na okładce, że ta książka nie kończy się happy endem. Spodziewałam się wielkiej dramy, tragizmu godnego Edypa czy czegoś pochodnego albo tych biblijnych plag. Tymczasem przyznam, że zakończenie może nie jest jakoś turbo cukierkowe, ale jednocześnie jest o wiele lepsze niż w większości książek tego pokroju i naprawdę dobrze mi się czytało historię Mojżesza i Georgii. To jedna z tych książek, które policzkują ogromem mroku, bólu i samotności.

Kreacja bohaterów jest świetna, chociaż Georgia czyli główna rola kobieca jest trochę zbyt egzaltowana i naiwna, a jednocześnie nie wyobrażam sobie innej  kobiety dla Mojżesza, która by go uszczęśliwiła. To książka na zasadzie lose to win. Bo z jednej strony to naprawdę świetna historia – jak pisałam – dobrze napisana i tak dalej, ale z drugiej strony wieje mrokiem, napiętnowaniem i głupotą ludzką tak bardzo, że klękajcie narody.

Finalnie książkę gorąco polecam wszystkim, którzy zainteresowali się tym tytułem, bo naprawdę warto. Jednak nie oczekujcie czegoś przesadnie słodkiego, bo się możecie rozczarować.Bez słodyczy, trochę mało krwi i flaków jak na mnie, ale i tak – must have dla każdego, kto lubuje się w takich cięższych historiach.

 

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Sensus.

 

 

Hasacz.

K. Bromberg „Hard beat makes you slow burn with sweet ache” czyli o kontynuacji gorącej serii Driven.

Bez tytułu
Tytuł: Slow burn; Heart Beat; Sweet Ache
Autor: K. Bromberg
Ilość stron: 400; 349; 449
Wydawnictwo: Septem [ editioRED]

 

Czytanie gorących romansów nie jest moim ulubionym zajęciem, w które mogę wliczyć udział książek. Niestety. I nie chodzi o moje uprzedzenia co do źle napisanych scen erotycznych czy innych skrzywień, za które odpowiedzialna jest Michalak. Curse you woman. Ale tak poważnie, to zwykle książki z przeważającą tematyką erotyczną są poważnie krzywdzące dla zamysłu fabularnego, który mógłby naprawdę dać wiele dobrego książce. Po Amber czy innych bezeceństwach pokroju przesadzonych seksualnie książek, trochę się bałam sięgać po tę serię, która zwyczajnie mnie nie porywała. Bo czym? Seksem, który jest poganiany przez więcej seksu, a nawet też więcej seksu?

 

Nie mówię, że takie książki są złe, bo nie są. Naprawdę, jeśli lubicie książki, które autentycznie sprawią, że będziecie się rumienić przy scenach, kiedy to młody Adonis ( których pełno w tych książkach) traci głowę dla równie pięknej kobiety ( tych też nie brakuje, meh ) to zadecydowanie jest to seria dla was. Jednak poza tymi nierealnymi obrazami bohaterów, którzy najczęściej są doświadczeni przez życie aż za bardzo i nie tracą przy tym popędu seksualnego godnego Randalla z serii Outlander, to jednak chcąc nie chcąc, serie czytało mi się naprawdę przyjemnie.

Jako zwierze leśne, pozbawione szczególnie potrzebnego w takich sytuacjach zmysłu empatii, powiem szczerze – sceny łóżkowe, których było od groma, mogłyby być lepiej napisane i lepiej przedstawione. Niestety nie ma co się czarować. Jaki bestseller taka erotyczność w tym bestellerze. Dlatego pozwolę sobie to przemilczeć i przejść do szczątkowej oceny fabuły, bo chyba tego najbardziej oczekujecie.

Zatem, zaczynając od Slow burn – jest to pierwszy tom z tego co udało mi się wywnioskować i opowiada historię Haddie Montgomery, która po stracie siostry nie chce się w nic mieszać. Rany są zbyt świeże, a nie chce znowu cierpieć z powodu rozstania. Dlatego nie dziwi, że Beckett Daniels miał być tylko jedno nocną odskocznią od ponurej rzeczywistości pełnej bólu i samotności. Problem w tym, że nie tylko sama Haddie przepadła i straciła głową dla mężczyzny, który nie pozwala o sobie zapomnieć.  Wspomnienie jego silnych ramion, kuszącego zapachu i tego co potrafi zrobić z kobietą sprawia, że Haddie za nim tęskni. A i on sam wcale nie zamierza rezygnować ze słodkiej dziewczyny, która jest roztrzaskana emocjonalnie.

Wszystko byłoby spoko, ale jest dokładnie tak jak może być w książkach tego typu. Nie dość, że z książki zionie trochę przesadzonymi scenami rozpalenia erotycznego u bohaterów, to miałam mały problem ze zrozumieniem postępowania dziewczyny. Dobra, rozumiem. Chodziło o jej złamane serduszko po stracie siostry i tak dalej, ale nadal nie mam pojęcia co autorka chciała udowodnić, trzaskając stereotypowo pokrzywdzoną dziewuszkę, która broni się przed uczuciem, a facet leci na nią jak mucha na lep. Przez połowę książki, gdzie Haddie broniła się przed uczuciem i tak dalej, miałam głośne : GURL! You can’t fight the moonlight. Rwij lachona!
Sama w sobie książka była przyjemna, chociaż oczekiwałam czegoś innego. Zawodu nie było, ale bohaterów można było lepiej wykreować. Mimo to polecam, ale zanim o tym, lecimy dalej.

 

Dalej mamy Hard beat – niby kontynuacja historii, ale nie do końca. Dostajemy bowiem historię doświadczonego przez życie korespondenta wojennego Tannera Thomasa, który podczas jednego ze zleceń, stracił wieloletnią współpracowniczkę i jednocześnie swoją narzeczoną Stellę. Chcąc sobie z tym poradzić, albo raczej zapomnieć o bólu, który rozdziera jego skołataną duszę, rzuca się w wir pracy. I wtedy poznaje Beaux Croslyn ( słowo daję, te imiona doprowadzą mnie kiedyś do ataku epilepsji…), dla której – i to ze wzajemnością – traci głowę. Problem pojawia się w momencie, kiedy wychodzi na jaw, że B nie jest taką typową rozgadaną kobietą. Nie mówi o sobie, o swojej przeszłości i o swoich sekretach. Do momentu aż nie zaczną one zagrażać ich życiu. Wtedy kobieta będzie musiała stanąć do walki ze swoją przeszłością, tak jak Tanner będzie musiał przemyśleć jak chce ułożyć swoje życie.

Tutaj dostajemy romans z typowym motywem „ONA NIE CHCE, ALE BĘDĘ DRĄŻYŁ”. Nie wiem czy facetowi nikt nigdy nie powiedział, że było minęło, na cholerę drąży temat? Chętnie bym mu to wyperswadowała. Jednak czego się spodziewać po książce, która już od pierwszych stron wali spoilerem, który mówi o zakończeniu. Too complicated for bad ending. Taka jest prawda. Niestety. Przewidywalne, ale nie nudne. Powiem szczerze, że spodziewałam się czegoś gorszego, co oczywiście działa na plus. Ale nie wiem czy nie wolałabym czegoś z mniejszą ilością seksu, a większą ilością krwi i flaków – taki tam ze mnie drastyczny hasacz. Jednak książkę jak najbardziej polecam, szczególnie jeśli jesteście fanami książek erotycznych? Chyba mogę to tak nazwać.

 

Na koniec zostało Sweet ache, gdzie zostaje przedstawiona historia powiązana w jakiś sposób z debiutancką trylogią autorki. Ponieważ poznajemy historię siostry Coltona, Quinlan Westin i Hawkina Playa ( borze tucholski, co jest nie tak z autorką?!). Hawkin to muzyk o dobrym sercu, który jak znowu musi brać odpowiedzialność za durne czyny swojego młodszego brata. Tyle tylko, że teraz grozi mu za to więzienie i żeby zapunktować u sędziego i wymigać się od wyroku skazującego, mężczyzna zgadza się na poprowadzenie serii wykładów na miejscowym uniwersytecie. To właśnie tam poznaje Quin, która szybko staje się obiektem paskudnego zakładu między kumplami. Jednak bardzo przewidywalnie dochodzi od zakochania i cały zakład biorą diabli. Hawkin zakochuje się w Quin, tyle tylko, że dziewczyna nie ma zamiaru zostać jego kolejną zdobyczą i uwiedzenie jej staje się naprawdę trudne. Im bardziej się stara, tym bardziej odsuwa się od niego dziewczyna, którą chce zdobyć. I uwaga – niespodzianka – „niespodziewanie” rodzi się między nimi uczucie, które jest silniejsze niż sądzili. Całość komplikuje Hunter, bo kiedy dociera do niego, ze jego starszy brat ma słaby punk, zrobi wszystko, żeby to wykorzystać.

 

Najobszerniejsza książka z tej trylogii i powiem szczerze, że najbardziej mnie potargała nerwowo. Dlaczego? Proste. Wkurzający Hunter, Hawkin taki przewidywalnie uroczo- naiwny i Quinlan ( nie mogę przeżyć tego nazewnictwa…), która ma typowy bunt w sercu i ogień w dupie. Tutaj niezależnie od tego jak urazić was moje słowo dupa, niestety inaczej nie da się tego określić. Niby twardo postanawia nie być nową zdobyczą gwiazdora, a jednak CAŁA jej majętność cielesna warczy, krzyczy i zgrzyta, bo dziewuszka potrzebuje faceta. Żeby nie napisać, że momentami zachowuje się jak suka w rui…Takie tam paradoksy młodej studentki. Mniej więcej od połowy książki całość robi się o wiele bardziej znośna i lepiej przyswajalna.

 

Cała seria nie jest szczególnie ambitna czy jakoś ma zmieniać życie czytelnika, ale powiem szczerze, że czytało się dobrze, nerwy były i wcale nie dlatego, że autorka ma jakiś zły styl. Wszytko było w porządku, chociaż przyznaję, że szału nie było. Ale wiadomo, w takich romansach z ogromem erotyczności nie można oczekiwać poetyckich opisów, mało hydraulicznych opisów i tak dalej – na szczęście nikt tu nikogo brzoskwinką podczas seksu nie nazywał, ani grupowego nie było, za co szanuję autorkę #HasaczJustGaveYouRespect .

Finalnie bardzo polecam serię, ale tylko jeśli jesteście gotowi na miłość i większą ilość seksu niż w przeciętnych książkach obyczajowych. #justsayin.

 

Za książki bardzo dziękuję wydawnictwu Sensus.

 

 

 

Hasacz.

Po seansie #2: Batman vs Superman: Dawn of Justice. Hello darkness my old friend…I ain’t yo friend. [SPOILERS]

102597285-Batman-vs-Superman.1910x1000

No tak. Wprawdzie w kinie na tym nie byłam, bo unikam kin jak tylko mogę, ale ostatnio udało mi się we względnie dobrej jakości obejrzeć kolejny film, który jest na podstawie komiksu. To, że DC znowu zaczęło od dupy strony z produkcją filmów, która tylko ich kasowo pogrąża ( no dobra, nie tylko kasowo, ale i pewnie na rotten tomato ), to raczej nic nowego. No, ale do rzeczy. O co chodzi z tytułem notki i dlaczego w ogóle chce się wypowiedzieć?

Zacznę od skrótu fabularnego, bo tak raczej będzie najrozsądniej.

7730589.3Tytuł: Bartman vs Superman: Dawn of Justice
Czas trwania: 3h 02m
Reżyseria: Zack Snyder
Scenariusz: Chris Terrio, David S. Goyer
Gatunek: akcja, sci-fi
Produkcja: USA
Premiera w kraju: 1 kwietnia 2016 ; na świecie: 12 marca 2016

Ktoś usiłuje oczernić Supermana, wrabiając go serię tragicznych wydarzeń, w których dziesiątki, a nawet setki ludzi zostaje rannych lub traci życie. Równocześnie z wydarzeniami, Clark Kent czyli „ludzki” Superman, prowadzi ciepłe i całkiem spokojne życie u boku swojej ukochanej Lois Lane, która coraz częściej bierze trudniejsze sprawy reporterskie. Gdzieś w Gotham Batman albo jak kto woli Bruce Wayne, stara się dojść do tego co popycha szalonego naukowca, Lexa Luthora, do tak drastycznych działań, by tylko zepchnąć Supermana z piedestału obrońcy sprawiedliwości. Dodatkowo, na drodze Bruce’a staje piękna Diana Prince, która coraz bardziej intryguje biznesmena – wbrew pozorom, nie chodzi o seks. Jak to się potoczyło dalej?

 

Pędzę z wyjaśnieniem. Otóż mamy zupełnie bezsensowny spór między Batmanem a Supermanem , który wiadomo, uważany jest za wielkiego obrońcę ludzkości, bla bla bla…typowe malowanie ideałów. Całym sprawcą burzy miedzy bohaterami, jest poważnie skrzywiony psychicznie chłopaczek, Lex Luthor, który z dziwnego powodu, dąży do poetyckiego zniszczenia ideału Supermana – BOGA, nasyłając na niego Batmana, który z dziwnego powodu, uważa, że spuszczenie mu przysłowiowych bęcków, będzie najlepszym sposobem, na odsunięcie go od ingerencji w ludzkość. O ile to ma w ogóle jakikolwiek sens, borze tucholski ratuj. No i jeśli chodzi o sam tytuł notki: obejrzyjcie film. Mało jest naprawdę jasnych momentów, więc jeśli widzieliście to w 3D w stalowowolskim wrzosie, to ja wam BARDZO współczuję.

Pomijając całkowity brak sensu w fabule, która ma dziury tak głębokie, że #KatarzynaMichalakApproves, to DC zachowuje się ostatnimi czasy jak jakiś ogłupiały z radości szczeniak, który goni własny ogon, tworząc filmy na podstawie komiksów, całkowicie od dupy strony. You know…BECAUSE IT HAVE SO MANY SENSE, FOR SOME REASON. Nie będę też mówiła, że jeszcze przed filmem zapoznałam się z komiksami i wiem co powinno jak iść. DC strzeliło sobie bardziej w skroń niż w kolano, ale wiadomo – nie każda próba samobójcza, kończy się powodzeniem, c’nie?

W penis nieprzemyślane montowanie scen, które kuleje równie mocno co montaż w Suicide Squad – krzycząc MAM OTWARTE ZŁAMANIE KOŚCI PODUDZIA! Nie twierdze, że znam się na tym zawodowo, ale kiedy oglądacie film, gdzie sceny nie przechodzą w siebie tak jak powinny i nie ma to najmniejszego sensu, a jego brak przyprawia was tylko o ból głowy, to jednak jest coś nie tak, c’nie? No jest.

Przechodząc jednak do obsady.
Batman/ Bruce Wayne – Ben Affleck.
Powinnam się wypowiadać? Naprawdę, czy muszę pisać jak strasznie mi nie pasuje i to w ŻADEN sposób do tej roli? Pomijam już fakt, że cały film powinien być PO wszystkich batmanach, suicide squadach i justice league’ach. Afflec pasował mi tylko na jedną postać, a już najlepiej kiedy ginie. No offence, ale gościu po prostu umiera po mistrzowsku. Nie wiem co powinnam jeszcze napisać, poza tym, że Affleck zyskuje na paszczu z biegiem lat. Poza tym to było takie słabe, kiedy pokazywali jego nieudolne próby na domowej siłowni…po prostu nie.

Superman/ Clark Kent – Henry Cavill.
Nie będę podważała jego zdolności aktorskich ( wcale nie dlatego, że facet pięknie mówi z brytyjskim akcentem, czym mnie bardzo łatwo kupić), bo widziałam go w innych produkcjach i naprawdę bardzo mu to służy. Serio. On po prostu się nie urodził do bycia Supermanem. Dużą rolę jednak odegrał jego goły tors w tym filmie i plecy. Yop. Zdecydowanie, kolejny materiał na kumpla hasacza. If you know what I mean. A! Prawie bym zapomniała – cudownie ekspresyjna mordka. Zdecydowanie nie nadawałby się na wampira.

Wonder Woman/ Diana Prince – Gal Gadot.
Przepiękna kobieta, przyjemna ekspresja paszczu, niemożliwie zazdroszczę włosów i linii ust. Poważnie. Tylko na tym się potrafiłam skupić, kiedy ją widziałam w całej okazałości. Gdyby było trochę więcej scen walki, byłabym w stanie dać temu filmowi naprawdę o wiele wyższą notę za samą Wonder Woman, która błyszcząc cudownymi ustami i włosami…borze te oczy…ratowała sytuację, kiedy Superman przez głupotę Batmana dostawał bęcki. Poza tym, trzeba pamiętać, że kobita i tak miała jedną z łatwiejszych ról( bo niestety drugoplanową).

Lois Lane – Amy Adams.
Amy…moja cudowna Julie Powell. Nawet jako Zaczarowana była spoko. Ale błagam – czterdziestodwuletnią kobietę, pizdnąć w rolę dwudziestoparolatki? Naprawdę? Ale…NAPRAWDĘ? No i jaką rolę mogła odgrywać Lois w sporze między Batmanem a Supermanem? IDIOTKI W OPAŁACH!! DOKŁADNIE!!! Serio. Mając na względzie, że DC chciało sobie umiejętnie strzelić w skroń, to wybieranie zupełnie niepasujących aktorów do postaci…jest jeszcze gorsze niż słaby montaż. #RELEASETHECRACEN

Lex Luthor – Jesse Eisenberg.
Czy Jesse zawsze musi grać przemądrzałego, pozbawionego życia buca, który chce coś komuś udowodnić po przez zniszczenie czegoś? Pomijając fakt, że chłopak jest genialny w swoich rolach i ponownie udowodnił, że bycie szajbniętym naukowcem, wcale nie odbiera mu uroczego uśmiechu i nerwowego poczucia humoru, to chyba jedna z lepiej dobranych postaci w tym filmie.

 

Nie będę się rozpisywała na temat szerszego spectrum obsady, bo nie ma sensu. Najczęściej widziane postaci wymieniłam – poza Jeremym Ironsem, którego skrzywdzono w roli Alfreda. Nie mam pytań.

Muzyka mogła być lepsza. Mogli się skupić na wierniejszym odwzorowaniu bohaterów – pomijam już to, że najlepszym momentem, który zapewnił mi zaspokojenie mojej ciekawości i potrzeby dopieszczenia wizualnej strony filmu, był moment kiedy Diana przeglądała katalog metaludzi, których znalazł Luthor – głównie Flash i Aquaman. Niezależnie co napiszecie, że niby Momoa się nie nadaje na Aquamana – kolejny materiał na przyjaciela zaliczony. Bo tylko spójrzcie:

KNkWkLX

Czy on nie jest przeuroczy? No po prostu cudeńko. I tak, mam zamiar trzymać się tej wersji, bo facet skradł mi serducho jeszcze w pierwszym sezonie Gry o Tron jako khal Drogo. Osobista pincipessa od the sea ❤

No i Ezra Miller jako Flash ❤ . Dziękuję, dobranoc. Tylko żałuję, że nie pójdę do kina z Megan, bo wtedy w kinie byłoby tylko : Mkay… * moment pojawienia się Ezry* YAAAAAAAAS!!!! + dokładnie to samo powtarzać cyklicznie w momentach pojawienia się Jasona i ponownie Flasha. FABULES!

ezra-miller-barry-allen-flash-justice-league-trailer

Pozostaje tylko czekać na kolejną porażkę/ film od DC i modlić się, żeby nie zabili zajebistości i tak słabo wykreowanych postaci. What can I say…to po prostu kuleje. STRASZNIE. Ale finalnie, naprawdę świetna komedia. Bardzo udana. Śmiałam się głośniej, niż przy Igrzyskach Śmierci.
W skali filmwebu, film oceniam na mocne 2/10. Poza poważnym niedojebaniem mózgowym, film oferuje naprawdę przyjemne efekty i śliczną izraelską Wonder Woman, która nawet nie wygląda jak amazonka, którą przecież być powinna, aye?

Bez tytułu

Żywię tylko płonne nadzieje, że Flash i Aquaman w zestawie z Wonder Woman, dostaną więcej czasu antenowego w Justice League, na które czekam – wydam te cholere 20 zł na pieprzone 3D, ale pójdę dla fanserwisu.

 

 

Hasacz.

Maja Lunde „Historia pszczół”. Przepowiednia ku przestrodze ?

Lunde_Historia pszczol_mTytuł: Historia pszczół
Autor: Maja Lunde
Ilość stron: 517
Wydawnictwo: Literackie

 

Pszczoły to jedne z najważniejszych i najmniejszych istot jakie istnieją na świecie. Przynajmniej w moim odczuciu. Gdyby nie one nie byłoby wielu przeczy, ludzie przymieraliby głodem, a każdy owoc, warzywo byłoby na wagę złota. I co zrobiliby ludzie? Co tak naprawdę czekałoby ludzkość, gdyby te małe cudna natury, po prostu pewnego dnia zniknęły? Maja Lunde pokazuje nam – czytelnikom – co stanie się kiedy pszczół zabraknie. Rozpisując historię na kilka wieków, pokazując jak stopniowo te małe owady znikają ze świata. Jest to też historia rodzin. Opowieść o najgorszym rodzaju samotności, który boli najbardziej. Samotności wśród bliskich ludzi. Bliskich tylko pozornie.

Przeczytacie w tej książce o bólu straty, rozczarowaniu, zniknięciu i jednocześnie o nadziei na lepsze jutro. O pięknie przyrody, którego w ogóle nie doceniamy i o które nie dbamy. Mimo prostego języka, przekaz tej powieści jest tak silny i dosłowny, że dosłownie, siedziałam z książką na kolanach, zastanawiając się…co do cholery zrobić, żeby uratować pszczoły. Uwierzcie mi, że to co napisała Maja Lunde w Historii pszczół jest bardziej prawdopodobną wizją wymarcia znacznej części ludzkości, niż fakt, że prędzej czy później jeden z drugim się sztachetami po wsi wytłuką.

Książka jest napisana językiem prostym, bardzo plastycznym i w prostych słowach, przekazuje coś wielkiego, wartościowego, ale i piekielnie smutnego jednocześnie. O takich książkach nie da się pisać obszernie, tylko dlatego, że pozostawiają się oszołomionego swoją siłą, potęgą i miłością zawartą na jej kartach, o którą przychodzi walczyć tak samo mocno, jak i w przypadku walki o pszczoły.

Wszystkie postaci są  wyraziste, cudowne i boleśnie samotne jednocześnie. Wszystkie te główne, żeby nie było. To właśnie jedna z takich książek, które gorąco polecam, nie tylko dlatego, że ujmuje mnie ich prostota i przekaz, ale i dlatego, że po prostu wszyscy powinni czytać tak ważne i cudowne książki.  Wszyscy powinniście mieć na swoich półkach Historię pszczół. Historię piękną i bolesną jednocześnie.

 

Za książkę dziękuję księgarni internetowej:

logo
Szczególnie polecam księgarnię czytam.pl ze względu na ich naprawdę dobre ceny oraz promocje – plus do każdego zamówienia dodawana jest mega urocza zakładka, ewentualnie cały ich komplet. Dodatkowym plusem jest też świetny kontakt z klientem i jeśli książka,którą zamówicie przyjdzie uszkodzona, zostaniecie powiadomieni o tym fakcie, nawet jeśli przyjdzie wam poczekać dzień dłużej na zamówienie. To się nazywa dbałość o klienta!❤

 

 

 

 

Hasacz.