Ken Liu „Królowie Dary”. Tom pierwszy epickiego cyklu „Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu”.

image

Tytuł: Królowie Dary
Autor: Ken Liu
Ilość stron: 585
Wydawnictwo: Sine Qua Non [imaginatio]

Cwany i czarujący hulaka Kuni Garu oraz stanowczy i nieustraszony Mata Zyndu są zupełnymi przeciwieństwami. Jednak pomimo tego kiedy niezależnie od siebie występują przeciwko cesarzowi, w mgnieniu oka stają się przyjaciółmi. Walka ze wspólnym wrogiem oraz wielki upór w dążeniu do celu to tylko nieliczne z wielu łączących ich podobieństw budujących ich mocną przyjaźń. Tyle, że kiedy w końcu dochodzi do obalenia władzy…przyjaźni mocno się chwieje. Każdy z nich ma różne wizje nowego świata, po obaleniu cesarza. I każdy z nich… ma całkowicie inne pojęcie sprawiedliwości. Co tak naprawdę kieruje tymi dwoma? Czy ich drogi, które rozeszły się tak dramatycznie, połączą się na powrót by ich przyjaźń znów stała się prawdziwym orężem?

Ken Liu to zdecydowanie nazwisko,  które powinien znać każdy miłośnik zarówno fantastyki jak i powieści o potężnej więzi jakim jest braterstwo. Historia, którą śledzi czytelnik w Królach Dary to tylko część tego co zaplanował autor, jednak jest to niesamowicie skonstruowana i doskonale poprowadzona historia z genialną narracją, która pozwala wczuć się w każdą kolejną sytuację, w jakiej przyjdzie się znaleźć bohaterom. Geniusz Liu polega głównie na egzotyczności świta wykreowanego przez niego. Jako wielki miłośnik kultury azjatyckiej, z naciskiem na Japonię, byłam zachwycona każdym detalem, każdym słowem, które choć w najmniejszym stopniu pobrzmiewało w tym języku. Do tego opisy i Kuni oraz Mata. Para genialnych postaci, która sprawiała, że nie mogłam się oderwać od lektury, nawet kiedy och losy naprawdę się skomplikowały, a drogi rozeszły w dramatyczny sposób.

To co tak naprawdę boli jeśli chodzi o Królów Dary to konieczność oczekiwania na kolejne tomy. Ken Liu oficjalnie ląduje na półce z ulubionymi książkami i dostaje order genialnego powieściopisarza. Będę z niecierpliwością wyczekiwała kolejnych jego powieści z serii Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu. To zdecydowanie fantastyka z wysokiej półki, a nie znać Kena Liu, będzie taką samą ujmą na honorze książkoholika jak nie znać Tolkiena czy Lovecrafta.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non.

Hasacz.

Peter Ackroyd „Blake”. Biografia najbardziej wizjonerskiego twórcyw historii sztuki.

blake
Tytuł: Blake
Autor: Peter Ackroyd
Ilość stron: 544
Wydawnictwo: Zysk i Ska

Blake, genialny osiemnastowieczny poeta, malarz i rytownik, był głęboko przeświadczony, iż duchowemu światu, który jest wiekuisty, najbardziej zagrażają szydercy zaślepieni wiarą w naukowy racjonalizm. Wbrew nim pozostał wierny własnej wizji rzeczywistości – wizji, którą w niezwykły sposób dokumentują wszystkie jego dzieła.
Ackroyd z wyjątkowym talentem narracyjnym ukazuje artystę jako wizjonera, przedstawiciela londyńskich rzemieślników i kupców, wreszcie jako proroka. Snując tę opowieść, w sobie tylko właściwy i niezrównany sposób dokonuje błyskotliwej rekonstrukcji życia w osiemnastowiecznym Londynie.

 

Dokładnie to możecie znaleźć na stronie wydawnictwa. Na dobrą sprawę wypadałoby napisać dodatkowo, że Ackroyd tradycyjnie uwodzi słowem, przybliżając nie tylko sylwetkę Blake’a, który był zupełnie niedoceniany za życia. Mało tego, autor przyznał się bez bicia, że swoją pracę oparł o wcześniejszą biografię artysty, ponieważ przez wzgląd na odbieranie malarza przez społeczeństwo, nie było zbyt wielu źródeł, które podawałyby dostatecznie obszerne materiały odnośnie samego Blake’a.

Nie jest to jednak nic złego. W moim odczuciu całość to naprawdę doskonała opowieść o artyście, ratowniku niedocenianym przez społeczeństwo. O wizjonerze, który twierdził, że ludzie nauki są zagrożeniem dla świata duchowego.

Szczerze powiedziawszy, to jest to kolejna książka spod pióra Petera Ackroyda, którą udało mi się przeczytać i jasne się stało, że autor to wirtuoz słowa. Wplata zręcznie życie Blake’a w historię Anglii, której dla niektórych czytelników może być trochę za dużo w całej treści. Jednak kiedy spojrzy się na to z innej strony, da się zrozumieć, że był to zabieg celowy. To ukazuje realia w jakich żył artysta i pozwala zrozumieć dlaczego był niedoceniany oraz pokazuje co tak naprawdę chciał przekazać przez swoje prace.

 

Książkę polecam szczególnie ludziom zafascynowanym postacią Williama Blake’a i twórczością Petera Ackroyda.

 

Za książkę dziękuje wydawnictwu Zysk i Ska.

 

 

Hasacz.

Magdalena Knedler „Nic oprócz strachu” czyli kiedy autorka strzela hasacza w pysk.

Magdalena-Knedler_Nic-oprocz-strachu-300-dpi-RGB-337x535
Tytuł: Nic oprócz strachu
Autor: Magdalena Knedler
Ilość stron: 534
Wydawnictwo: Czwarta Strona

Szwecja. Miasto Ystard. To właśnie tutaj mieszka Anna Lindholm, komisarz szwedzkiej policji. Kobieta buduje swoją karierę policyjną i żyje u boku kochającego męża. Wszystko jest dobrze do momentu, kiedy…sprawy służbowe stają się sprawami prywatnymi, a jej mąż…ulega wypadkowi. W skutek zdarzenia mężczyzna traci sprawność w nogach, a kobieta dostaje list z więzienia w którym stoi, że winny wypadku jej męża jest Narcyz, seryjny morderca, do skazania, którego przyczyniła się Lindholm. Nie udaje się tego potwierdzić, ponieważ morderca zostaje otruty, a komisarz zaczyna dostawać od tajemniczego nadawcy cytaty z utworów Oscara Wilde’a.

 

I NADEJSZLI! Miałam zrobić epicki filmik na jutuby, gdzie powiedziałabym wam o tej książce, ale moje zdrowie i wygląd pyska sprawiły, że plan nie wypalił. Dlatego nadchodzę z tekstem. Magdalenę Knedler poznaliśmy przy okazji premiery jej pierwszej książki Pan Darcy nie żyje, która również ukazała się nakładem wydawnictwa Czwarta Strona. Potem na rynku pokazała sie Winda od wydawnictwa Janka.

Wracając jednak do bieżącej książki. Znając już nieco styl autorki, spodziewałam się historii kryminalnej okraszonej porządnym humorem, jak na gatunek, może nawet wisielczy i jakąś tam lekką sprawę w tle. Tymczasem autorka strzeliła mnie w pysk książką i okazało się, że niema rzeczy, której by Knedler dobrze nie napisała. Ja się pytam skąd się biorą tacy ludzie?! Nie dość, że dostajemy rasowy kryminał z porządnie rozbudowanym tłem społeczno-obyczajowym to jeszcze kreacje postaci, które stworzyła autorka są po prostu genialnie prawdziwe i tak pełnowymiarowe, że ma się wrażenie jakby to byli nasi znajomi.

Jednak niezależnie czego się spodziewacie po tej książce, porzućcie wszelkie nadzieje. Magdalena Knedler daje nam, czytelnikom, genialny kryminał, tajemnice do rozwiązania i zaskakujące zwrotu akcji. Oraz tragedie, której stawić czoła musi komisarz Lindholm.

Nadziwić się nie mogę jak zdolna jest Magdalena Knedler, która co książkę zaskakuje czymś innym. W Darcym była żałosna intryga, która pokazała tylko jak słabi są ludzie. Całość była okraszona cudownym poczuciem humoru. Winda zmuszała do przemyśleń, wpędzała prawie w ból świata i kazała mieć na uwadze z kim przychodzi nam żyć. A tutaj? Tutaj nawet Leckberg się chowa. Nic oprócz strachu to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika kryminału.

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.

 

 

Hasacz.

Pogadajmy o Metrze czyli hasacz po lekturze „Metro 2033 i „Metro 2034” Dmitra Glukhovskiego.

 

metro

Tytuł: Metro 2033; Metro 2034
Autor: Dmitry Glokhovsky
Ilość stron: 384; 577
Wydawnictwo: Insignis

Promienie letniego nieba, świeże powietrze w płucach, delikatna zielona trawa pod bosymi stopami. Te rzeczy podobno kiedyś istniały. Kiedyś, zanim wybuch zniszczył wszystko dookoła. Po wielkim konflikcie atomowym, z całej ludzkości przetrwała tylko garstka, kryjąc się w moskiewskim metrze. To, dzięki swojej unikalnej budowie, stało się jedynym azylem, gdzie ludzie usiłują wieźć zwykłe, proste życie, jak to było przed wybuchem. Tworzą się grupy, mini państwa, które splecione ideologiami, religią bądź prosta potrzebą ochrony filtrów wodnych, funkcjonują zawierają ze sobą sojusze, toczą między sobą wojny.

WOGN to mini państwo najbardziej wysunięte na północ. Do niedawna było bezpieczne. Teraz jednak istnienie owego państwa jest w wielkim niebezpieczeństwie. Jego i ludzi tam mieszkających. Artem nie pamięta świata sprzed wybuchu. Był dzieckiem, kiedy został ocalony i tak naprawdę całym jego światem jest METRO. Chłopak dostaje bardzo ważna misję. Musi przedostać się do POLIS – legendarnej stacji moskiewskiego metra, by przekazać wiadomość o nowym zagrożeniu.

Od powodzenia jego misji zależy nie tylko przyszłość WOGN-u, ale i całej ocalałej ludzkości.

Niespełna rok później, wszystko znów wygląda inaczej. Na drugim końcu moskiewskiego metra w stacji Sewastopolskiej mieszkańcy toczą walkę o przetrwanie z nowym formami życia. Monstra wdzierają się z powierzchni do ostatniej ludzkiej enklawy, by zakończyć ich istnienie.  Tutaj nie ma miejsca na uczucia, bo te zastąpione zostały pierwotnymi instynktami, które pozwalają przetrwać tym, którzy teraz tworzą ludzkość.

 

Moja miłość do post-apo zaczęła się dość dziwnie, jak większość z was stwierdzi. W końcu wszystko to zaczęło się od Rojsona ( ROJOV13), gameplayera i vlogera, który ciągle powtarzał jakie to post-apo jest zajebiste. I wiecie jak to się skończyło w moim przypadku. Metrem 2033 i 2034. Twórczość Dmitra nie jest mi obca – wszystko zaczęło się od Futu.re, które na początku może wydawać się trudne i ciężkie do przyswojenie, ale bez strachu powinniście po nie sięgnąć. Jednak dzisiaj nie po Futu.re a o Metrze.

Już wcześniej słyszałam różne opinie i wiedziałam, że  jeśli sama nie sięgnę to się nie przekonam czy to rzeczywiście jest takie złe albo dobre. Wiadomo – ilu czytelników tyle opinii. Jak to było ze mną? Pewnego pięknego dnia dostałam od wydawnictwa Insignis dwa tomy trylogii Metra i zaraz się za to wzięłam. Problem polegał na tym, że zamiast opisać to od razu, zaczęły się znienacka egzaminy i całkowicie zapomniałam o pisaniu. I tutaj uwaga – przeczytałam obie te książki raz jeszcze i oto jestem.

Glukhovsky nie zmarnował pokładanych w jego książkach nadziei i w ten sposób dołączyłam do grona zadowolonych czytelników. Wprawdzie to jedna z pierwszych lektur poer-apo, z którymi miałam do czynienia, ale to się wytnie. Autor w mistrzowski sposób opisuje realia ludzkości, która zmuszona została do zejścia pod ziemie, gdzie wiedzie nędzną namiastkę żywota sprzed wybuchu.

Tak jak Tom Clancy opisał atak terrorystyczny bardzo zbliżony do ataku na WTC, tak pozostaje mieć nadzieje, że Dmitr nie będzie takim Clancym post-apo. Jednak biorąc pod uwagę fiksację poszczególnych ludzi na punkcie gatunku -nie tylko w literaturze – nie jedna osoba z powodzeniem przetrwałaby wielki wybuch.

Autor świetnie operuje słowem, genialnie przedstawia czytelnikowi wiele możliwości, których na pierwszy rzut oka wcale nie ma w realiach panujących w mini-państwach (tak, ja wiem,  że mnie nienawidzicie za takie określenia ), jest to coś idealnego dla miłośników wszelkiego rodzaju demolki. Szczególnie literackiej. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że jest to typowo męska literatura, ale wtedy strzeliłabym sobie w stopę, kolano i skroń, bo przecież jestem – chcąc nie chcąc – przedstawicielem płci „pięknej”.

Dlatego nie ryzykując za wiele, po prostu polecam każdemu kto jest zainteresowany gatunkiem powieści z serii Metro, Dmitra Glukhovskiego. Facet wie jak pisać post-apo i robi to piekielnie dobrze. Każda jego postać jest świetnie wykreowana. choć jeśli miałabym się przyczepiać do czegokolwiek, chętnie strzeliłabym w pysk Sashe, która jest po prostu nad wyraz wkurzająca. Poza tym drobnym szczegółem książki mają u mnie 10/10 ( gdybym się bawiła w taki system oceniania).

 

Za książki dziękuje wydawnictwu Insignis.

 

 

 

Hasacz.

Radosław Lewandowski „Wikingowie. Wilcze dziedzictwo. ” kilka słów o kłamstwie autora.

image

Tytuł:  Wikingowie. Wilcze dziedzictwo
Autor: Radosław Lewandowski
Ilość stron: 430
Wydawnictwo:  Akurat

Wszystko zaczęło się w mroźnej Skandynawii, gdzie Szwedzki razem z Norwegami i Duńczykami toczyli bratobójcze walki, gdzie stawką były bogactwa, ziemię i honor. Żeby było ciekawiej przeczytacie tutaj o tajemniczych grotach wypełnionych nieprzebranymi skarbami, o młodzieńczych zauroczeniach, gorących namiętnościach, dotkliwych klęskach i wielkich zwycięstwach. Jak się okazuje Wikingowie byli bardziej ambitni i ich chęci zdobywania poważnie przekraczały granice mroźnej Skandynawii. Wielcy wojownicy bez strachu wyruszali ku Ameryce Północnej i na Półwysep Iberyjski, gdzie nie straszne było im rzucenie wyzwania chrześcijańskiemu królowi Leónu i muzułmańskiemu władcy Emiratowi Kordoby. Czy wielkie ambicje, niekończąca się odwaga i męstwo wystarczą by wikingowie zdobyli to czego pragną ponad chwałę i miejsce w Valhalli?

Mówią, że autor nie jest prawdziwym wikingiem, ale już patrząc na samo jego zdjęcie na skrzydełku książki,  od razu widać, że łże. Tak samo za cholerę nie zgodzę się ze stwierdzeniem autora Ziemiańskiego,  że Lewandowski to polski George R.R. Martin. Bądźmy szczerzy, choć Martin pisze o swoim świecie, który wzorował na wielu historycznych miejscach i postaciach, ale jego styl i bestialstwo pozostawia wiele do życzenia, szczególnie dla wymagającego czytelnika. Radosław Lewandowski nie dość, że stworzył własną wizję skandynawskich ludów, ubrał to w cudowną,  lekką narrację, to jeszcze pokazał wszystkim wątpiącym język. Podobnie kreacje postaci przedstawionych na kartach powieści są pełnowymiarowe i nie sposób się nie utożsamić choćby z jedną z nich.

Z rozdziału na rozdział człowiek nie ma dość, a kiedy dochodzi do końca przychodzi to paskudne uczucie niedosytu. Jako czytelnik, który uwielbia grube tomiszcza, zastanawiam się tylko czy kolejne części (chwała pradawnym bogom!) będą obszerniejsze w objętości.

Dodatkowo powieść o Wikingach ma bogato rozbudowane tło społeczno – obyczajowe i nawet wielkie fanki romansów coś tu dla siebie znajdą. Na szczęście mnie do szczęścia wystarczy mordobicie, którego tutaj nie brakuje i nawet nie bolały mnie wątki romantyczne. A mam na swoim koncie trochę książek o wikingach i powiem szczerze, że bez bólu i całkiem zadowolona z tego faktu, stawiam Wilcze dziedzictwo na tej samej półce,  którą zajmują moi ukochani Zaprzysiężeni Roberta Low.

Genialna powieść snuta przez autora jest czymś obowiązkowym dla fanów serialu Wikingowie, jak i dla pasjonatów samej kultury skandynawskiej. Kawał doskonałej lektury, którą gorąco polecam.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Akurat .

 

 

Hasacz.