Powakacyjne podsumowanie, odkurzanie i inne nowości.

Minęły wakacje,a ja jako ostatni lebiega życiowy , zupełnie olałam pisanie czegokolwiek na blogu głównie ze względu na brak sprawnego komputera.  Jeszcze zanim cokolwiek stało się z komputerem dorobiłam się nowego telefonu. Porównując go ze starym,który i tak udało mi się opchnąć za porządną kwotę, był to przeskok z XVIII wieku do XXI. Czysty szał. Jest o tyle lepszy,że mogę mieć swobodnie dostęp do serwisu blogowego, hipsterskich nowinek typu Instagram czy Spotify. Jednak nie po to się zbierałam ponad dwa miesiące,żeby chwalić sie dokonaniami na tle technicznym czy elektronicznym.

Jedna z wielu rzeczy jaka wydarzyła się w te wakacje,a dotknęła mnie najbardziej to  samobójcza śmierć Robina Williamsa. Nie mogłam tego zrozumieć i dalej zastanawiam się czy rzeczywiście było tak jak się mówiło, że to choroba dwubiegunowa i i tak żył za długo jak na takie schorzenie. Jednak mimo wszystko dotknął mnie ten fakt. Jak ludzie mi mówią, ze jestem emocjonalnym inwalidą, tak po porannej wiadomości od znajomej, po prostu usiadłam przed telewizorem i rozpłakałam się. Tak , byłam przywiązana do tego aktora i nawet jeśli nie znałam go osobiście to jako aktor był dla mnie autorytetem. Teraz regularnie siadam z ojcem co wieczór i oglądamy filmy z Robinem. Nie , to nie jest przypadek typu: ” OMUJBOSZEEE! Gfiazda popełniła samobujstfooo kocham jom” , jak to było w przypadku Amy Winehouse czy kilku innych osób,którym nie udało się zerwać z nałogiem. czy z Paulem Walkerem. Te żałosne posty na twarzoksiążce : ” Za szybki i za wściekły!”. Stało się i koniec. Taki sam wypadek jak każdy inny. I tak, wiem,że przeczę sama sobie.ale nie rozumiem jak można tak bezczelnie twierdzić ,że jest się fanem danego aktora kiedy tak naprawdę ogarnęło się kim jest dopiero jak miał bliskie spotkanie 3 stopnia z drzewem i raczej w niczym nie zagra, bo mu się zmarło.

Co dalej? Książek mi przybyło, cierpię na deficyt przestrzeni i czasu. Połowę wakacji przesiedziałam nad hematologią, patomorfologią, anatomią patologiczną i prawem w medycynie – nie czuję się mądrzejsza,ale moja postać w książce i owszem.

Hasacz zarósł, przybliżył się do natury, brykał trochę po lasach za grzybami. Powiem tylko,że mam dość podgrzybków jak na ten rok…

Ostatni weekend wakacji przede mną , potem znowu co drugi weekend spania na wykładach – zaoczna szkoło, I love youuu! W najbliższym czasie, kiedy znajdę trochę wolnego wrzucę tutaj kawałek tego co sama urodziłam / napisałam. Nie jestem taka jak Reichs czy Nesbo, ale chyba da się czytać. Zresztą czy ktoś w ogóle czyta to co tu jest? Nie sądzę.

Konwentów było mnoga, na żaden nie pojechałam ze zwykłego lenistwa i braku czasu. Za to odwiedził mnie przyjaciel z Lublina przywożąc zacne prezenty w postaci trzech książek Murakamiego i „Kłamcy 2,5” Ćwieka. Autor drugiej książki był w naszym mieście początkiem lipca. Oczywiście miasto obżarło się wstydu jak satanista płodów. Na spotkaniu z autorem była tak marna garstka,że ściskało wnętrzności. Plusem tego był fakt, że po spotkaniu Kuba podpisywał książki. Wszystkie jak leci. Byli ludzie,którzy przynosili wszystko co wydał od początku kariery…ja tak nie zaszalałam, wzięłam tylko chłopców 1,2 i komiks  Kłamcy „Viva L’Arte”.

Tutaj przejdę płynnie to przedstawienia swojego bólu dupy na temat prosperowania PP ( Poczty Polskiej) i FS (wiadome wydawnictwo ). Otóż początkiem lipca wygrałam, nie wiem jakim cudem,ale wygrałam, egzemplarz „Egzorcyzmów Dory Wilk” Anety Jadowskiej. Było to początkiem lipca. Jakiś tydzień później wygrałam u Nerd Kobiety trylogie Adama Przechrzty : Demony wojny 1,2 i Demony Leningradu. Fabryka oznajmiła mi, że na paczki od nich czeka się DO 30 DNI z ewentualnymi POŚLIZGAMI, jak to ładnie nazwali. Byłam cierpliwa i roześmiałam się w głos ,kiedy to listonoszka przyniosła mi grubą kopertę wysłaną „zwykłym listem” z Lublina. Patrzę, no fajnie FS. Rozpakowuję, sądząc, że książki zostały wysłane do mnie w jednej paczce, co by taniej było. Nic bardziej mylnego. Dostałam w pierwszej kolejności trylogię. Poinformowałam o tym FS ,tak jak prosili. Potem czekałam nadal na Dore. Czekałam i czekałam. Dziś mamy 17 września, ku chwale ojczyzny i Dory nadal nie ma. Pisząc do wydawnictwa z pytaniem czy w ogóle chciało im się to wysłać ,dostałam wiadomość z informacją, że w poniedziałek ( tj 8-go września) wyślą ponownie książkę i rozprawią się z PP sam na sam. No to spoko. Zwykły idzie maks tydzień do półtora. Na terenie polski, jak mnie uświadomiła pani listonosz i pani na poczcie w okienku, kiedy wysyłałam paczkę za granice. Z pytaniem czy wysłali książkę czy dopiero zlecenie do Lublina by wysłali ową książkę, nie odpisali mi słowem, choć wiadomość przeczytali – BORZE DZIĘKUJĘ ZA MESSENGERA! – więc wychodzi na to,że ich konkursy to totalna lipa, no chyba,że są tylko ” sponsorami”. To teraz taki mały apel od zirytowanego konsumenta: Skoro już się bawicie w wydawanie i macie kilka placówek na terenie całego kraju to postaralibyście  się kochani prezesi/ założyciele wydawnictwa o dział ” obsługi klienta” albo dział  odpowiedzialny za konkursy internetowe. Jeśli jednak nie chcecie takich działów to pytam: Po jaką cholerę w ogóle cokolwiek robicie za konkursy,skoro z taka łaską cokolwiek macie wysyłać? Inne wydawnictwa jak robią konkurs to po max 14 dniach ( 10 roboczych) jest przesyłka. Moim zdaniem to jest wstyd i brak profesjonalizmu. Ale co ja mogę, skoro jestem tylko hasaczem.

Podsumowując, stwierdzam,że szybciej jest kupić książkę za uzbierane/zarobione pieniądze niż czekać na łaskę FS.

Jak mnie najdzie to niedługo skrobnę coś ciekawszego.

Zielonego.