„Ni Ikred fun” – Nigdy nie ufaj elfom czyli o bandzie trzynastu krasnoludów z Hobbita.

[SPOILERY!!]

Dzisiaj przyglądnę się „Wesołej Gromadzie Trzynastu” czyli krasnoludom z filmu „Hobbit: Unexpected  Journey”.(nie napisałam polskiego tytułu, chcąc zachować spokój umysłu.) Opisy postaci będą moimi osobistymi odczuciami – nie sugerować się.

DWARVES

Thorin The Oakenshield (Dębowa Tarcza) – książę krasnoludów (później piąty król Pod Górą),syn Thráina II (czwartego króla Pod Górą), wnuk Thróra (trzeciego króla Pod Górą).  Był pomysłodawcą wyprawy do Samotnej Góry, której przewodził.
Thorin podczas pierwszego spotkania (oczywiście w dziurze Hobbita) nie jest zbyt przychylnie nastawiony do samego niziołka. Jeśli chodzi o swoich pobratymców, jest oddanym wodzem i dobrym towarzyszem.  Nosi się zupełnie jak jego dziadek Thrór, jest uparty i momentami jego duma trochę przeszkadza w całej wyprawie. Można by powiedzieć,że trąci trochę szkockim charakterem – uparty i pamiętliwy. Wikipedia + dobre źródła podają,że Thorin zginął podczas Bitwy Pięciu Armii – jak to pokaże Peter Jackson w filmie – nie wiadomo. Osobiście wątpię,żeby oszalał z „miłości” do złota jak jego dziadek. Od momentu „starcia” z trollami walczył Orcristem. Miecz został wykuty w Gondolinie przez elfy wysokiego rodu – przodków Elronda. – podsumowując : Thorin to jeden z moim ulubionych krasnoludów, mimo swojego charakteru. W filmie jego rolę odegrał Richard Armitage.

Glóin – krasnolud z rodu Durina, syn Gróina i brat Óina. Był bankierem w grupie Thorina. Sympatyczny dwarf ,który w późniejszych latach,po zdobyciu Ereboru,ożenił się i miał syna Gimliego – pojawia się też we Władcy Pierścieni,biorąc udział w naradzie Elronda w sprawie pierścienia Saurona. Odważny wojownik i dobry brat. Osobiście polubiłam tą postać. w filmie zagrał go
Peter Hambleton.

Óin – krasnolud z rodu Durina, syn Gróina,starszy brat Glóina. Prawdopodobnie dostał imię po królu Ereboru. W grupie Thorina pełnił funkcję „lekarza” z racji swojej profesji – był chemikiem. Przygłuchy na prawe ucho (przynajmniej w filmie),bardzo sympatyczny i ciepły krasnolud, łagodnie usposobiony względem swoich kompanów. Po bitwie, w której zginął Thorin oraz Kili i Fili ( nie ukrywam mojej rozpaczy na wieść o śmierci Kiliego) zostały rozdzielone łupy,a za swoją część łupów wybudował dom, gdzie żył ponad 50 lat,ciesząc się niewątpliwie doskonałą reputacją – bowiem żył w czasie rozkwitu królestwa. W filmie Óina zagrał John Callen.

Balin – krasnolud z królewskiego rodu Durina, syn Fundina, starszy brat Dwalina. Przez krótki czas władał Morią (okres pięciu lat). Brał udział w tragicznej wyprawie Thráina, która zakończyła się śmiercią większości uczestników i zaginięciem monarchy. Balin w grupie Thorina, pełnił funkcję doradcy. Od początku był pozytywnie nastawiony do Bilba, który dołączył jako czternasty uczestnik wyprawy do Ereboru. Był ciepłym i miłym krasnoludem, jednak po oddaniu władzy w Morii, zginął podczas przechadzki nad Jeziorem Zwierciadlanym, przeszyty strzałą Orka. Pochowano go w Komnacie Mazarbul.  (niedługo po jego śmierci ,reszta towarzyszy zamieszkująca Morię,została wybita przez Okrów – nad czym szczerze ubolewam). W filmie zagrał go Ken Stott.

Dwalin – krasnolud z rodu Durina, syn Funduna , młodszy brat Balina. Doskonały wojownik, brał udział w wojnie z Okrami w Morii. Podobnie jak Balin brał udział w wyprawie Thráina i wyprawie do Samotnej Góry. Prawdopodobnie brał udział w bitwie o Dale i Wojnie o Pierścień. W stosunku do swoich pobratymców był ciepły i wesoły. Nie wiadomo jak zginął. Jego rolę w filmie „Hobbit (2012) odegrał Graham McTavish.

Bofur – krasnolud, nie pochodzący z plemienia Durina, choć bardzo z nim związany, a w szczególności z Thorinem. Jego bratem był Bombur, kuzynem zaś Bifur. W 2941 TE wszedł w skład jego kompanii, która miała dotrzeć do zajętej przez Smauga Samotnej Góry, poznał tam Bilba Bagginsa. Wyprawa osiągnęła skutek i krasnoludom udało się przejąć Erebor. W następnych latach Bofur zamieszkiwał w odnowionym królestwie, zmarł prawdopodobnie na początku Czwartej Ery. Walczył w Bitwie Pięciu Armii . W filmie jego rolę odegrał James Nesbitt.

Bifur  – Krasnolud, kuzyn Bofura i Bombura. Był członkiem kompanii Thorina Dębowej Tarczy. Po 2941 roku mieszkał w Ereborze. Walczył w Bitwie Pięciu Armii.  W kompanii Thorina pełnił funkcję wojownika – przez kontuzje,którą odniósł w młodości , mówi jedynie w Khazalid – starokrasnoludzkim. W filmie „Hobbit” w rolę Bifura wcielił się William Kircher.

Kíli – krasnolud z rodu Durina,młodszy brat Fíliego, siostrzeniec Thorina, książę Ereboru. Urodził się w Ered Luin, gdzie się wychował i spędził większość życia. Był młodszym bratem Fíliego. Jego matką była Dis (siostra Thorina) natomiast imię jego ojca nie jest znane. Był wychowywany z bratem przez wuja Thorina.Uczestniczył w wyprawie organizowanej przez Thorina do Samotnej Góry. Wraz z bratem byli najmłodsi na tej wyprawie, przez to ich wuj Thorin nakazywał właśnie im wykonanie wielu trudnych zadań. Zginął w Bitwie Pięciu Armii broniąc rannego Thorina przed orkami. Został pochowany u boku Thorina w jaskiniach Samotnej Góry. W filmie władał dwuręcznym mieczem i był doskonały łucznikiem – jego postać zagrał Aidan Turner ( miodnie po prostu,choć wygląd był niezgodny z książką…ale kogo to obchodzi.)

Fíli – krasnolud z rodu Durina, starszy brat Kíliego, siostrzeniec Thorina, książę Ereboru. Urodził się w Ered Luin, gdzie spędził większość życia. Był synem Dis (siostra Thorina II) i krasnoluda nieznanego z imienia. Miał młodszego brata imieniem Kíli. Razem z bratem był wychowywany przez surowego wuja Thorina. Wraz z bratem wyruszył na wyprawę Kompanii Thorina do Ereboru. Wtedy poznał Bilba Bagginsa. Podobnie jak brat, zginął w Bitwie Pięciu Armii.  Zostali pochowani u boku Thorina II Dębowej Tarczy w jaskiniach Samotnej Góry. W filmie jego rolę odegrał Dean O’Gorman – władał dwoma, jednoręcznymi mieczami.

Dori – krasnolud z rodu Durina, brat Noriego i Oriego, członek Kompanii Thorina. Prawdopodobnie ,podobnie jak Óin pełnił funkcję lekarza – z racji swojej profesji – był zielarzem. Po wyprawie osiadł w Ereborze. Był członkiem prawy pod Samotną Górę. Poznał wtedy Bilba Baginsa. Walczył w Bitwie Pięciu Armii. Nie wiadomo w jakich okolicznościach zmarł. Bardzo troszczył się o swojego młodszego brata Oriego. W ekranizacji jego rolę odegrał Mark Hadlow.

Nori  – krasnolud z rodu Durina. Brat Doriego i Oriego. Członek Kompanii Thorina. Brał udział w wyprawie pod Samotną Górę, gdzie jak reszta kompanii poznał Bilba i walczył w Bitwie Pięciu Armii. Nori został przedstawiony jako kleptoman,który „zbierał pamiątki” i często pakował się w kłopoty. Nie wiadomo jak umarł – prawdopodobnie osiadł w Ereborze , podobnie jak Dori. Noriego zagrał Jed Brophy.

Ori – krasnolud z rodu Durina. najmłodszy brat Doriego i Noriego. Mieszkał przez długi czas w Ered Luin. Uczestniczył w wyprawie do Ereboru. Walczył w Bitwie Pięciu Armii. Wśród krasnoludów w odnowionym Królestwie pod Górą zajmował zapewne wysoką pozycję. W 2989 roku wyruszył wraz z Balinem i jego towarzyszami do Morii. Poległ zabity przez orków, jako jeden z ostatnich członków krasnoludzkiej kolonii, broniących do końca Sali Mazarbul. Większość zapisków z Księgi Mazarbul jest właśnie autorstwa Oriego. W filmie został przedstawiony jako młody,naiwny krasnolud,który porywał się z motyką na słońce.  Filmowy Ori to Adam Brown.

Bombur  – krasnolud, kuzyn Bifura i brat Bofura. Był potomkiem mieszkańców Morii lecz nie był potomkiem Durina. Należał do Kompanii Thorina.  Spośród towarzyszy wyprawy do Samotnej Góry, Bombur odznaczał się nieprzeciętnie dużą tuszą. Po Bitwie Pięciu Armii osiadł w Ereborze,  gdzie tak utył, że potrzeba by sześciu młodych krasnoludów, aby go unieść. W kompanii pełnił funkcję kucharza. Filmowego Bumbura zagrał Stephen Hunter.

Wesoła Gromada najlepiej sprawdziła się podczas walki,które bardzo mnie wciągnęły – oczywiście, nie omieszkałam obejrzeć filmu trzy razy. Seans w kinie + dwa seanse w domu w wersji rozszerzonej (czyt. bonusowe sceny). Tą drugą wersję gorąco polecam – jest o wiele więcej śmiesznych scen – takich jak pomyłka Kíliego w określeniu płci elfa w dolinie Imladris – szerzej znanej jako Rivendell.

Prócz dodatkowych scen,które wnosiły więcej humoru, bardziej porwały mnie piosenki.  Takie jak ” Far over the Misty Mountain Cold” czy „Blunt the knives

Gorąco polecam i mam nadzieje,że ktoś wybierze się ze mną na „Hobbit : Desolation of Smaug„.
Na zakończenie – łapcie piosenkę do drugiego filmu w wykonaniu Eda Sheerana.

Milego dnia. Przerośnięty Dwarf.

Miłość do gotowania czyli wielka pasja w małej kuchni.

Dzisiaj bez wrogości – przynajmniej się o to postaram.

Moja miłość do gotowania, zrodziła się z zafascynowania nożami,których ojciec zawsze używał w kuchni. Wyglądał lepiej niż Rambo i Terminator razem wzięci. Ciekawiło mnie jakim cudem pokroił tak drobno ugotowane warzywa do sałatki,jak sprawił,że po wyciągnięciu z gorącej szafki pieczeń była taka pachnąca i pyszna – to była perspektywa pięcioletniego,prawie sześcioletniego dzieciaka,który przedwcześnie wybił sobie mleczaki,podczas walki ze starszym bratem.
Piętnaście lat później – nie wiem kiedy to w ogóle minęło…- mając prawie dwadzieścia jeden lat,jestem po uszy zakochana w sztuce gotowania. Dlaczego? Jak pisałam,zaczęło się od ojca. Potem dorwałam się do pierwszych programów kulinarnych typu „Makłowicz w podróży”,”Okrasa i smaki czasu” czy „Ewa Gotuje”. Potem zaczęło się odkrywanie zagranicznych szefów kuchni,telewizyjnych kucharek i innych.  Pierwsza była Nigella Lawson,którą uwielbiam,adoruję i podziwiam praktycznie za wszystko – od tego jak kroi warzywa,podsmaża mięso czy wrzuca składniki na ciasto do robota kuchennego – kończąc na sposobie w jaki się uśmiecha i mówi ( British accent – miłością moją).

Pierwszą potrawą jaką usiłowałam przygotować był domowy makaron z sosem pomidorowym i salami – wyszło mi to tylko dzięki ingerencji bos…kogo ja chcę oszukać? Gdyby nie mój ojciec spaliłabym kuchnie…- dopiero kiedy ojciec nauczył mnie obsługi kuchenki i noża,załapałam,że gotowanie to prawdziwa sztuka,a nie zajęcie dla głupiutkiego dziecka/gospodyni domowej,której się nudziło.Tak więc zaczęłam tonąć w literaturze gastronomicznej – odkrywając tym samym Panią życia i śmierci – Julię Child. Najpierw trafiłam na jej książkę „Opanowanie sztuki francuskiej kuchni”,którą oczywiście starałam się przestudiować po angielsku (język nie był problemem,a system metryczny – przeklęte uncje). Szło dobrze,ale jednostki były zbyt dużym kłopotem jak dla upośledzonego mózgu krasnoluda. Kilka lat później pokazał się film „Julie & Julia”. Byłam specyficznie nastawiona,zwłaszcza,że nie lubiłam Meryl Streep (filmowa Julia Child) – do tej pory krzyczę,pluję i biję się w pierś z pytaniem do siebie DLACZEGO?! – Nie wiem dlaczego,ale na szczęście przejrzałam na oczy i zapalałam nieskończoną miłością do tej kobiety – Pełna złych przeczuć,niechęci do aktorek,odgrywających główne żeńskie role,zasiadłam przed telewizorem razem z ojcem. Pierwsze 20 minut miałam ochotę po prostu zasnąć. Szczerze powiem,że musiałam dojrzeć do tego filmu. Po przeanalizowaniu filmu,książek na podstawie,których powstała ekranizacja i zapoznaniu się z francuską kuchnią – otwarcie stwierdzam: Jeśli kochasz jeść,zacznij gotować. Jeśli kochasz gotować,zacznij jeść – Kochasz obie te rzeczy? Nie łaź do sklepów po ciastka/chipsy/pies wie jakie przekąski – łap się za książkę kucharską,spisuj listę zakupów i zrób coś sam – dużo lepiej smakuje niż ten mechanicznie wyprodukowany słodycz ze sklepu!

Po filmie „Julie&Julia”,łapałam się każdego filmu/ekranizacji powieści/programu telewizyjnego o gotowaniu jaki wyszedł – chwyciłam się nawet animacji od Disney Pixar z 2007 roku – Ratatouille. Urocza animacja opowiadająca o szczurku,który miał węch i smak absolutny i marzył o tym,żeby gotować – za wiele z gotowania to tam nie było,ale animacja miała dobry przekaż,że jak chcesz to możesz gotować: „Takich co lubią gotować ,długo nie trzyma się głód”.

Po tych ekranizacjach,przemogłam się i nawet przebrnęłam przez kilka odcinków „Piekielnej kuchni Gordona Ramsaya” – nie trawiłam typa. Rozumiem presję w ekskluzywnej restauracji,gdzie potrawa to presja,a presja to czas,ale rzucanie co chwile „fuck,fucking,shitty,fucked” – nawet jak dla mnie (osoby,która doskonale włada łaciną podwórkową) to było trochę za dużo,zwłaszcza w telewizji. Powiem szczerze – narażając się pewnie na uwagi zagorzałych fanów owej osoby – ,że pan Ramsay dorobił się w Polsce swojego żeńskiego odpowiednika – Pani Gessler mnie przeraża – „Kuchenne Rewolucje” mnie wykończyły psychicznie, po zaledwie dwóch odcinkach…chciała dobrze,…- pragnę wspomnieć,że Kuroń też chciał dobrze – a wyszło jak zwykle.

Moje zainteresowanie kuchnią było tak duże nawet poszłam do szkoły gastronomicznej,jednak po roku – z bólem serca i zniszczonego żołądka – razem z ojcem stwierdziliśmy zgodnie – Tam się nie da niczego nauczyć – zwłaszcza,że nauczycielka nie potrafiła ugotować jajka w koszulce,nie mówiąc już o jej zdziwieniu ,kiedy zapytałam ” Jak ugotować jajko w koszulce do zupy szczawiowej”…wykształconym kucharzem nie jestem – nie ukończyłam kursu gotowania w Le Cordon Bleu jak Julia Child – ale na bogów – skoro ma się już tego magistra z technologii żywienia to niech się chociaż potrafi podstawowe rzeczy…- pomijając temat niedouczonych nauczycieli.

Starałam się też sprawdzić jako „kucharz” internetowy. Elegancko prowadzona i przyozdobiona strona internetowa z przepisami na dania proste i szybkie. Wszystko szło całkiem dobrze,do czasu kiedy ktoś z rodziny nie stwierdził,że to przecież zło i przecież ja nie umiem gotować – uwielbiam ten moment kiedy przypadkiem wychodzi to co robię z zamiłowania,a rodzina tak bardzo mnie wspiera.- skończyło się na skasowaniu strony i odsunięciu się od gotowania…do czasu.

Prawdziwym testem osobowości,zdolności kulinarnych czy charakteru – a może wszystkiego na raz…? – okazały się ubiegłoroczne Święta Bożego Narodzenia – nawiasem mówiąc , mój mail już od połowy września cierpi z powodu empikowych/merlinowych maili z obniżkami świątecznymi. Zdarło mnie czy to trochę za wcześnie…- kiedy to główna kobieta – żona mojego ojca – wyjechała i całe święta były na naszej głowie – na mojej właściwie bo ojciec pracował do ostatniego dnia przed wigilią.
Nikomu nie polecam robienia ciasta na pierogi i uszka metodą „na wyczucie” – najgorsze co można zrobić. Uporawszy się z grzybowymi uszkami,pierogami z kapustą,suszonymi śliwkami i kołtunami – przyszła pora na świąteczne wypieki. Nigdy nie przypuszczałam,że keks wyjdzie mi pierwszym rzutem,pierniki na choinkę się nie spalą,a lukier do nich nie będzie za rzadki…Śmiało mogę stwierdzić ,że po ukończeniu przygotowań do świąt przeżyłam Nirvanę. Zawijańce nie popękały,a makowiec w cieście francuskim nie wykipiał – radości mojej nie było końca – do momentu kiedy obudziłam się zimowego poranka i uświadomiłam sobie,że Armia Zbawienia tylko czeka,żeby mnie zniszczyć krytykami odnośnie tego co cudem wyszło z kuchni.
Na szczęście w tym roku nic takiego mnie nie czeka – bo jako Przerośnięty Dwarf stwierdzam – Świąt Nie Będzie!

Pomijając nieszczęsne święta,pierwsze upadki,skaleczenia,które należało szyć,ale oczywiście po co to komu – gotowanie od początku szło mi nie najgorzej. Po niemal 16 latach działań w kuchni,wykładów,tonie przeczytanych książek,litrach wylanej krwi – jestem pewna,że sobie w życiu poradzę – na chwilę obecną sama – może się kiedyś jakiś głupi urodzi co by chciał przerośniętego krasnoluda – w co wątpię.

Na koniec skłonna jestem dodać coś co raczej potwierdza to co pisałam…
Roladki schabowe z serem żółtym i korniszonami + pieczone talarki ziemniaczane z rozmarynem
SDC13327
Grzanka z jajkiem na miękko na środku
SDC13342

Półkruche pierożki z jabłkami i cynamonem
SDC13361

Pizzerynki
SDC13399

Gołąbki we włoskiej kapuście
SDC13426

Także to tyle jeśli chodzi o męczenie bloga – na dzisiaj ,oczywiście…

Smacznego wieczoru – Przerośnięty Dwarf.