Po seansie #2: Batman vs Superman: Dawn of Justice. Hello darkness my old friend…I ain’t yo friend. [SPOILERS]

102597285-Batman-vs-Superman.1910x1000

No tak. Wprawdzie w kinie na tym nie byłam, bo unikam kin jak tylko mogę, ale ostatnio udało mi się we względnie dobrej jakości obejrzeć kolejny film, który jest na podstawie komiksu. To, że DC znowu zaczęło od dupy strony z produkcją filmów, która tylko ich kasowo pogrąża ( no dobra, nie tylko kasowo, ale i pewnie na rotten tomato ), to raczej nic nowego. No, ale do rzeczy. O co chodzi z tytułem notki i dlaczego w ogóle chce się wypowiedzieć?

Zacznę od skrótu fabularnego, bo tak raczej będzie najrozsądniej.

7730589.3Tytuł: Bartman vs Superman: Dawn of Justice
Czas trwania: 3h 02m
Reżyseria: Zack Snyder
Scenariusz: Chris Terrio, David S. Goyer
Gatunek: akcja, sci-fi
Produkcja: USA
Premiera w kraju: 1 kwietnia 2016 ; na świecie: 12 marca 2016

Ktoś usiłuje oczernić Supermana, wrabiając go serię tragicznych wydarzeń, w których dziesiątki, a nawet setki ludzi zostaje rannych lub traci życie. Równocześnie z wydarzeniami, Clark Kent czyli „ludzki” Superman, prowadzi ciepłe i całkiem spokojne życie u boku swojej ukochanej Lois Lane, która coraz częściej bierze trudniejsze sprawy reporterskie. Gdzieś w Gotham Batman albo jak kto woli Bruce Wayne, stara się dojść do tego co popycha szalonego naukowca, Lexa Luthora, do tak drastycznych działań, by tylko zepchnąć Supermana z piedestału obrońcy sprawiedliwości. Dodatkowo, na drodze Bruce’a staje piękna Diana Prince, która coraz bardziej intryguje biznesmena – wbrew pozorom, nie chodzi o seks. Jak to się potoczyło dalej?

 

Pędzę z wyjaśnieniem. Otóż mamy zupełnie bezsensowny spór między Batmanem a Supermanem , który wiadomo, uważany jest za wielkiego obrońcę ludzkości, bla bla bla…typowe malowanie ideałów. Całym sprawcą burzy miedzy bohaterami, jest poważnie skrzywiony psychicznie chłopaczek, Lex Luthor, który z dziwnego powodu, dąży do poetyckiego zniszczenia ideału Supermana – BOGA, nasyłając na niego Batmana, który z dziwnego powodu, uważa, że spuszczenie mu przysłowiowych bęcków, będzie najlepszym sposobem, na odsunięcie go od ingerencji w ludzkość. O ile to ma w ogóle jakikolwiek sens, borze tucholski ratuj. No i jeśli chodzi o sam tytuł notki: obejrzyjcie film. Mało jest naprawdę jasnych momentów, więc jeśli widzieliście to w 3D w stalowowolskim wrzosie, to ja wam BARDZO współczuję.

Pomijając całkowity brak sensu w fabule, która ma dziury tak głębokie, że #KatarzynaMichalakApproves, to DC zachowuje się ostatnimi czasy jak jakiś ogłupiały z radości szczeniak, który goni własny ogon, tworząc filmy na podstawie komiksów, całkowicie od dupy strony. You know…BECAUSE IT HAVE SO MANY SENSE, FOR SOME REASON. Nie będę też mówiła, że jeszcze przed filmem zapoznałam się z komiksami i wiem co powinno jak iść. DC strzeliło sobie bardziej w skroń niż w kolano, ale wiadomo – nie każda próba samobójcza, kończy się powodzeniem, c’nie?

W penis nieprzemyślane montowanie scen, które kuleje równie mocno co montaż w Suicide Squad – krzycząc MAM OTWARTE ZŁAMANIE KOŚCI PODUDZIA! Nie twierdze, że znam się na tym zawodowo, ale kiedy oglądacie film, gdzie sceny nie przechodzą w siebie tak jak powinny i nie ma to najmniejszego sensu, a jego brak przyprawia was tylko o ból głowy, to jednak jest coś nie tak, c’nie? No jest.

Przechodząc jednak do obsady.
Batman/ Bruce Wayne – Ben Affleck.
Powinnam się wypowiadać? Naprawdę, czy muszę pisać jak strasznie mi nie pasuje i to w ŻADEN sposób do tej roli? Pomijam już fakt, że cały film powinien być PO wszystkich batmanach, suicide squadach i justice league’ach. Afflec pasował mi tylko na jedną postać, a już najlepiej kiedy ginie. No offence, ale gościu po prostu umiera po mistrzowsku. Nie wiem co powinnam jeszcze napisać, poza tym, że Affleck zyskuje na paszczu z biegiem lat. Poza tym to było takie słabe, kiedy pokazywali jego nieudolne próby na domowej siłowni…po prostu nie.

Superman/ Clark Kent – Henry Cavill.
Nie będę podważała jego zdolności aktorskich ( wcale nie dlatego, że facet pięknie mówi z brytyjskim akcentem, czym mnie bardzo łatwo kupić), bo widziałam go w innych produkcjach i naprawdę bardzo mu to służy. Serio. On po prostu się nie urodził do bycia Supermanem. Dużą rolę jednak odegrał jego goły tors w tym filmie i plecy. Yop. Zdecydowanie, kolejny materiał na kumpla hasacza. If you know what I mean. A! Prawie bym zapomniała – cudownie ekspresyjna mordka. Zdecydowanie nie nadawałby się na wampira.

Wonder Woman/ Diana Prince – Gal Gadot.
Przepiękna kobieta, przyjemna ekspresja paszczu, niemożliwie zazdroszczę włosów i linii ust. Poważnie. Tylko na tym się potrafiłam skupić, kiedy ją widziałam w całej okazałości. Gdyby było trochę więcej scen walki, byłabym w stanie dać temu filmowi naprawdę o wiele wyższą notę za samą Wonder Woman, która błyszcząc cudownymi ustami i włosami…borze te oczy…ratowała sytuację, kiedy Superman przez głupotę Batmana dostawał bęcki. Poza tym, trzeba pamiętać, że kobita i tak miała jedną z łatwiejszych ról( bo niestety drugoplanową).

Lois Lane – Amy Adams.
Amy…moja cudowna Julie Powell. Nawet jako Zaczarowana była spoko. Ale błagam – czterdziestodwuletnią kobietę, pizdnąć w rolę dwudziestoparolatki? Naprawdę? Ale…NAPRAWDĘ? No i jaką rolę mogła odgrywać Lois w sporze między Batmanem a Supermanem? IDIOTKI W OPAŁACH!! DOKŁADNIE!!! Serio. Mając na względzie, że DC chciało sobie umiejętnie strzelić w skroń, to wybieranie zupełnie niepasujących aktorów do postaci…jest jeszcze gorsze niż słaby montaż. #RELEASETHECRACEN

Lex Luthor – Jesse Eisenberg.
Czy Jesse zawsze musi grać przemądrzałego, pozbawionego życia buca, który chce coś komuś udowodnić po przez zniszczenie czegoś? Pomijając fakt, że chłopak jest genialny w swoich rolach i ponownie udowodnił, że bycie szajbniętym naukowcem, wcale nie odbiera mu uroczego uśmiechu i nerwowego poczucia humoru, to chyba jedna z lepiej dobranych postaci w tym filmie.

 

Nie będę się rozpisywała na temat szerszego spectrum obsady, bo nie ma sensu. Najczęściej widziane postaci wymieniłam – poza Jeremym Ironsem, którego skrzywdzono w roli Alfreda. Nie mam pytań.

Muzyka mogła być lepsza. Mogli się skupić na wierniejszym odwzorowaniu bohaterów – pomijam już to, że najlepszym momentem, który zapewnił mi zaspokojenie mojej ciekawości i potrzeby dopieszczenia wizualnej strony filmu, był moment kiedy Diana przeglądała katalog metaludzi, których znalazł Luthor – głównie Flash i Aquaman. Niezależnie co napiszecie, że niby Momoa się nie nadaje na Aquamana – kolejny materiał na przyjaciela zaliczony. Bo tylko spójrzcie:

KNkWkLX

Czy on nie jest przeuroczy? No po prostu cudeńko. I tak, mam zamiar trzymać się tej wersji, bo facet skradł mi serducho jeszcze w pierwszym sezonie Gry o Tron jako khal Drogo. Osobista pincipessa od the sea❤

No i Ezra Miller jako Flash❤ . Dziękuję, dobranoc. Tylko żałuję, że nie pójdę do kina z Megan, bo wtedy w kinie byłoby tylko : Mkay… * moment pojawienia się Ezry* YAAAAAAAAS!!!! + dokładnie to samo powtarzać cyklicznie w momentach pojawienia się Jasona i ponownie Flasha. FABULES!

ezra-miller-barry-allen-flash-justice-league-trailer

Pozostaje tylko czekać na kolejną porażkę/ film od DC i modlić się, żeby nie zabili zajebistości i tak słabo wykreowanych postaci. What can I say…to po prostu kuleje. STRASZNIE. Ale finalnie, naprawdę świetna komedia. Bardzo udana. Śmiałam się głośniej, niż przy Igrzyskach Śmierci.
W skali filmwebu, film oceniam na mocne 2/10. Poza poważnym niedojebaniem mózgowym, film oferuje naprawdę przyjemne efekty i śliczną izraelską Wonder Woman, która nawet nie wygląda jak amazonka, którą przecież być powinna, aye?

Bez tytułu

Żywię tylko płonne nadzieje, że Flash i Aquaman w zestawie z Wonder Woman, dostaną więcej czasu antenowego w Justice League, na które czekam – wydam te cholere 20 zł na pieprzone 3D, ale pójdę dla fanserwisu.

 

 

Hasacz.

Maja Lunde „Historia pszczół”. Przepowiednia ku przestrodze ?

Lunde_Historia pszczol_mTytuł: Historia pszczół
Autor: Maja Lunde
Ilość stron: 517
Wydawnictwo: Literackie

 

Pszczoły to jedne z najważniejszych i najmniejszych istot jakie istnieją na świecie. Przynajmniej w moim odczuciu. Gdyby nie one nie byłoby wielu przeczy, ludzie przymieraliby głodem, a każdy owoc, warzywo byłoby na wagę złota. I co zrobiliby ludzie? Co tak naprawdę czekałoby ludzkość, gdyby te małe cudna natury, po prostu pewnego dnia zniknęły? Maja Lunde pokazuje nam – czytelnikom – co stanie się kiedy pszczół zabraknie. Rozpisując historię na kilka wieków, pokazując jak stopniowo te małe owady znikają ze świata. Jest to też historia rodzin. Opowieść o najgorszym rodzaju samotności, który boli najbardziej. Samotności wśród bliskich ludzi. Bliskich tylko pozornie.

Przeczytacie w tej książce o bólu straty, rozczarowaniu, zniknięciu i jednocześnie o nadziei na lepsze jutro. O pięknie przyrody, którego w ogóle nie doceniamy i o które nie dbamy. Mimo prostego języka, przekaz tej powieści jest tak silny i dosłowny, że dosłownie, siedziałam z książką na kolanach, zastanawiając się…co do cholery zrobić, żeby uratować pszczoły. Uwierzcie mi, że to co napisała Maja Lunde w Historii pszczół jest bardziej prawdopodobną wizją wymarcia znacznej części ludzkości, niż fakt, że prędzej czy później jeden z drugim się sztachetami po wsi wytłuką.

Książka jest napisana językiem prostym, bardzo plastycznym i w prostych słowach, przekazuje coś wielkiego, wartościowego, ale i piekielnie smutnego jednocześnie. O takich książkach nie da się pisać obszernie, tylko dlatego, że pozostawiają się oszołomionego swoją siłą, potęgą i miłością zawartą na jej kartach, o którą przychodzi walczyć tak samo mocno, jak i w przypadku walki o pszczoły.

Wszystkie postaci są  wyraziste, cudowne i boleśnie samotne jednocześnie. Wszystkie te główne, żeby nie było. To właśnie jedna z takich książek, które gorąco polecam, nie tylko dlatego, że ujmuje mnie ich prostota i przekaz, ale i dlatego, że po prostu wszyscy powinni czytać tak ważne i cudowne książki.  Wszyscy powinniście mieć na swoich półkach Historię pszczół. Historię piękną i bolesną jednocześnie.

 

Za książkę dziękuję księgarni internetowej:

logo
Szczególnie polecam księgarnię czytam.pl ze względu na ich naprawdę dobre ceny oraz promocje – plus do każdego zamówienia dodawana jest mega urocza zakładka, ewentualnie cały ich komplet. Dodatkowym plusem jest też świetny kontakt z klientem i jeśli książka,którą zamówicie przyjdzie uszkodzona, zostaniecie powiadomieni o tym fakcie, nawet jeśli przyjdzie wam poczekać dzień dłużej na zamówienie. To się nazywa dbałość o klienta!❤

 

 

 

 

Hasacz.

Colleen Hoover & Tarryn Fisher „Never Never”. Tragizm w utracie wspomnień czy kolejny materiał na słabą piosenkę?

488813-352x500Tytuł: Never Never [ tom 1-3 ]
Autor: Colleen Hoover & Tarryn Fisher
Ilość stron: 383
Wydawnictwo: Moondrive [Otwarte]

 

Kolejna książka Colleen Hoover, kolejne skonfundowanie i brak pomysłu na to, co napisać o jej najnowszej książce. Którą w dodatku napisała do spółki z Tarryn Fisher. Tej drugiej autorki nie znam i nie mam pojęcia jakiego typu książki spłodziła, zastanawiam się tylko czy obie autorki tak mocno skupiają się na zniszczeniu życiu swoim bohaterom, żeby to potem naprawić w jakiś crazy,  sophisticated sposób i wszystko jest spoko, pozamiatane, nikt nic nie wie, wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Bo po przeczytaniu trzech książek Hoover, gdzie bohaterów tak mocno potargało losowo, że nie wiem czy dałabym radę czytać znowu o policjancie pedofilu, który molestował swoją córkę, o zdradzonej dziewczynie i cholernie lojalnym głuchym chłopaku czy potarganym życiowo facecie, który stracił za wiele w życiu i bał się żyć dalej…No ja nie wiem czy bym to zniosła.

Tymczasem w Never Never mamy historię dwójki nastolatków, którzy zapomnieli kim są i co się wydarzyło w przeszłości. Charlie i Silas stracili swoje wspomnienia. Wiedzą jedynie, że byli parą od czterech lat, a ich życie zmieniło się bezpowrotnie. Jedynymi wspomnieniami są dla nich pomięte kartki z zapiskami, zdjęcia z nieznanych miejsc. To wszystko co mają, by mogli sobie przypomnieć kim są i co się wydarzyło. Pytanie tylko czy dadzą radę odbudować uczucie? Czy nie mają krwi na rękach? Co jeśli prawda, którą mieliby poznać, jest destrukcyjna i nie powinni chcieć jej pamiętać? On zrobi wszystko by odzyskać ją i wspomnienia. Ona chce to pogrzebać.

Miałam duży problem z tą książką. Nie to, że mi się nie podobała. Była dobra. Tylko nie wiem czy takiego zakończenia chciałam dla Silasa i Charlie. Napady amnezji, pewnie za dużo Kultu się osłuchali – tak  też można. A tak  poważnie. Nie jest to najlepsza książka Hoover, o Fisher wam nie napisze, bo nie wiem jak to z nią jest. Spodziewałam się czegoś bardziej brutalnego, bardziej efektownego, co sprawi, że będę przerywała czytanie, żeby powiedzieć „O kuuuurde..”. A tu nic. I taki ból świata, bo chciałam naprawdę pochwalić książkę. A znowu wyszło, że narzekam jak jakaś stara przekupa.

Hoover może jest bardziej nastawiona na innych, młodszych czytelników i mając moje dwadzieścia trzy lata w zestawie z upośledzeniem odczuwania empatii…książka do mnie nie trafiła? Coś? Albo po prostu te panie jakoś do mnie nie przemówiły tym razem. Co nie zmienia faktu, że nie rzucę się na November 9 czy inne jej książki, które wyjdą w Polszy czy za granicą.

W każdym razie, jeśli nie jesteście tak wymagający jak ja i lubicie twórczość Hoover, to polecam. Naprawdę dobrze mi się to czytało, nie jest to nic nudnego.Po prostu spodziewałam się większego efektu WOW. Tyle.

 

Za książkę dziękuję księgarni internetowej:

logo
Szczególnie polecam księgarnię czytam.pl ze względu na ich naprawdę dobre ceny oraz promocje – plus do każdego zamówienia dodawana jest mega urocza zakładka, ewentualnie cały ich komplet. Dodatkowym plusem jest też świetny kontakt z klientem i jeśli książka,którą zamówicie przyjdzie uszkodzona, zostaniecie powiadomieni o tym fakcie, nawet jeśli przyjdzie wam poczekać dzień dłużej na zamówienie. To się nazywa dbałość o klienta!❤

 

 

 

 

 

Hasacz

Brittainy C. Cherry ” Kochając pana Danielsa”. Kiedy miłość zakazana, staje się ratunkiem przed zniszczeniem.

1be0579cc9Tytuł: Kochając pana Danielsa
Autor: Brittainy C. Cherry
Ilość stron: 424
Wydawnictwo: Filia

 

Z Brittainy C. Cherry zetknęłam się pierwszy raz  przy okazji Art & Soul. I było to bardzo udane spotkanie, biorąc pod uwagę fakt, że odkąd piszę o książkach, spotkałam się póki co tylko z jedną książką, która podejmowała tego typu temat ( jaki to już sami się przekonajcie). Potem była książka Powietrze, którym oddycha . Niesamowicie mnie zaskoczyła, nie tylko tym, że okazała się książką dla dojrzałego czytelnika, ale też tym jak niesamowicie poruszająca jest przedstawiona w niej historia. Generalnie Cherry jest autorką, która w jakiś sposób przekonuje mnie do historii młodzieżowych i obyczajowych. I chociaż nie spodziewałam się czegoś większego po tej książce, bo ludzie mówili, że to naprawdę coś słabego.

Na szczęście, na pohybel wszystkim, którzy mnie od tej książki odwodzili, zrobiłam co miałam zrobić i przeczytałam też Kochając pana Danielsa. I okazało się, że to co ma mnie odtrącać i obrzydzać, nie jest tym czym się wydawało. Czyli w efekcie Cherry osiągnęła zamierzony efekt po raz kolejny. Brawo. Zostaje nam przedstawiona historia dwóch osób, a co za tym idzie są też dwie perspektywy #typowaCherry. Ashlyn to dziewczyna po ciężkich przejściach, która straciła wolę do życia. Chciała spokoju, chciała normalnego życia ze swoją siostrą i rodzicami. Jednak w jej życiu pojawił się Daniel Daniels. I wszystko się zmieniło. To był moment, kiedy na jej drodze pojawił się ktoś taki jak ona. Ktoś go pokochał ją mimo cierpienia jakie w sobie miała. Z kolei Daniel to człowiek, który może podzielić się z nią podobnymi przeżyciami. Jego brat nie jest specjalną gwiazdą w pozytywnym znaczeniu tego słowa, do tego w jego życiu pojawia się dziewczyna, która zatrzęsie posadami świata, który znał i nauczy go żyć. Ona została uratowana dzięki jego miłości. On poczuł, że ma dla kogoś żyć dzięki niej.

Historii takich jak ta jest wiele, nawet w prawdziwym życiu. Ale nie zawsze mają one tak dobre zakończenia. Na początku byłam przekonana, że historia miłości młodego nauczyciela i jego uczennicy będzie mnie mocno odpychała, biorąc pod uwagę fakt, że naprawdę nie jest moją mocną stroną czytanie tego typu książek. W każdym razie, mimo pewnych minusów, w postaci naprawdę tragicznych wydarzeń, za które obwinia się Ashlyn, cała historia i jej zakończenie są naprawdę dobra, typowe dla Cherry.

Faktem jest, że spodziewałam się czegoś gorszego, czegoś bardziej obrzydliwego i odpychającego, szczególnie po wiadomościach, jakie zostawialiście mi na facebooku, po unboxingu, który poczyniłam na kanale.

Książkę bardzo gorąco polecam, zarówno tym, którzy czytali już książki Brittainy C. Cherry jak i tym, którzy jeszcze nie mieli styczności z jej twórczością. To naprawdę przyjemna i niegłupia książka, chociaż może się niektórym taka wydawać – mówi się trudno. Hasacz poleca mocno.

 

Za książkę dziękuję księgarni internetowej:

logo

Szczególnie polecam księgarnię czytam.pl ze względu na ich naprawdę dobre ceny oraz promocje – plus do każdego zamówienia dodawana jest mega urocza zakładka, ewentualnie cały ich komplet. Dodatkowym plusem jest też świetny kontakt z klientem i jeśli książka,którą zamówicie przyjdzie uszkodzona, zostaniecie powiadomieni o tym fakcie, nawet jeśli przyjdzie wam poczekać dzień dłużej na zamówienie. To się nazywa dbałość o klienta!❤

 

 

 

 

Hasacz.

Haruki Murakami „Kafka nad morzem”. Ucieczka przed rodową klątwą i miłość z duchami w czysto japońskim stylu.

Kafka-nad-morzemTytuł: Kafka nad morzem
Autor: Haruki Murakami
Ilość stron: 623
Wydawnictwo: Muza S.A.

 

Moja miłość do twórczości Murakamiego zakwitła nieco wcześniej, niż sama fascynacja do Japonii i jej kultury. Trudność w twórczości tego japońskiego autora jest taki, że do tego trzeba dorosnąć. A żeby jego książki się podobały, trzeba myśleć podobnie, albo zwyczajnie lubić książki pełne mistycyzmu, refleksji nad egzystencją człowieka i jej sensem czy po prostu uwielbiać zawiły sposób, w jaki Murakami opisuje świat, który widzi i tworzy. Generalnie moją pierwszą książką tego autora, z którą się spotkałam i od której wszystko się zaczęło, było Zniknięcie słonia. Potem oczywiście łapałam się innych jego książek, innych zbiorów opowiadań, ale dopiero przy Norwegian wood, poczułam jak Murakami strzelił mnie w pysk i kazał się zagłębić w swoją prozę.

Czy tego żałuję? Nigdy. Szczególnie po tym jak przeczytałam pierwszy raz Kafkę nad morzem. Murakami przedstawia nam historię młodego, bo piętnastoletniego Kafki, który ucieka z domu przed klątwą ojca, na daleką wyspę Shikoku. Niezależnie od niego, do podróży autostopem dołącza do niego pan Nakata, staruszek analfabeta potrafiący rozmawiać z kotami, oraz młody kierowca z końskim ogonem, będący miłośnikiem hawajskich koszul. Jednak niewiele po ucieczce Kafki, jego ojciec zostaje zamordowany, w efekcie czego wszystkich trzech poszukuje policja. Uciekając przed policją, podczas swojej podróży spotykają zakochaną w operach Pucciniego kotkę Mimi, Johnniem Walkerem i innymi fantastycznymi bohaterami, trafiają do prywatnej biblioteki, w której czas się zatrzymał. Nocami tylko odwiedza ją duch młodziutkiej dziewczyny, ubranej w błękitną sukienkę…

Dlatego myślę, że może zamiast szukać zaginionych kotów, powinieneś się na poważnie zając szukaniem drugiej połowy swojego cienia.

Bardzo charakterystyczną cechą prozy Murakamiego jest silnie refleksyjny nastrój każdej jego powieści czy zbioru opowiadań. Do tego trzeba być przygotowanym. Murakami to taki sam ewenement literacki jak Szczepan Twardoch czy Łukasz Orbitowski, tylko na o wiele większą skalę, bo jego czyta cały świat (obu w.w. panom życzę oczywiście tego samego).

W przypadku Kafki, dostaliśmy nie tylko fantastyczno- przygodową powieść z elementami kryminalnymi ( albo po prostu realizm magiczny, tak na upartego ) to jeszcze, jeśli czytaliście wcześniejsze powieści albo opowiadania tego autora, to wiecie, że facet nie boi się seksualności i naprawdę potrafi zawstydzić czytelnika niespodziewanym zwrotem akcji, gdzie najpierw czytacie o bólu straty, wspomnieniach wypełniających cierpiące serce Pani Saeki i nagle PUFF! Scena z duchem, która potrafi przyprawić człowieka do potężne rumieńce. I jeszcze raz mi ktoś powie, że Japończycy są pruderyjni…

Całość to niesamowita i bardzo wciągająca historia, którą polecam przede wszystkim fanom twórczości Murakamiego. Nie warto rzucać się na głęboką wodę, biorąc pod uwagę, że przy książkach Murakamiego trzeba koniecznie być przygotowanym na to co szykuje nam autor, nawet jeśli do końca nie wiecie czego się spodziewać. Jak to śpiewały mini animki „Expecting unexpected…”. I dokładnie to się sprawdza w przypadku tego autora, którego z całego zielonego serducha wam polecam !

Za książkę dziękuję księgarni internetowej:

logo

Szczególnie polecam księgarnię czytam.pl ze względu na ich naprawdę dobre ceny oraz promocje – plus do każdego zamówienia dodawana jest mega urocza zakładka, ewentualnie cały ich komplet. Dodatkowym plusem jest też świetny kontakt z klientem i jeśli książka,którą zamówicie przyjdzie uszkodzona, zostaniecie powiadomieni o tym fakcie, nawet jeśli przyjdzie wam poczekać dzień dłużej na zamówienie. To się nazywa dbałość o klienta!❤

Hasacz.