Max Czornyj „Grzech”. Gdzie moje trzy życzenia?!

1364840-grzechTytuł: Grzech
Autor: Max Czornyj
Ilość stron: 395
Wydawnictwo: Filia

 

Tak jak Kazik Starzewski śpiewał : Wałęsa gdzie jest moje sto milionów?! – tak jak pytam: gdzie moje trzy życzenia?! Będę bardzo uszczypliwa i wredna ( co nowego, co?), ale kiedy tylko dostałam książkę do ręki, spojrzałam na opis fabuły. Pomyślałam, że super. Do Lublina mam tylko sto kilometrów to nawet bym się pokusiła o wycieczkę śladami książki. Potem zobaczyłam zdjęcie autora na skrzydełku i postanowiłam, że nie pójdę na spotkanie w Krakowie. Za dużo kompleksów się we mnie obudziło. Sorry. A potem przeczytałam, że jest adwokatem. I przez jednego typa, który wypuszcza książki jak królik z rozwolnieniem, przeraziłam się, że będzie tak i w przypadku Czornyja.

 

Max Czornyj osadził akcję swojej powieści w Lublinie. Osobiście nie znam za bardzo miasta, wiem tylko jak dotrzeć do kilku miejsc, ale ja nie o tym. W Lublinie dochodzi do serii zaginięć. Ktoś porywa kobiety i wysyła ich rodzinom tajemnicze listy. Sprawę dostaje wybuchowy Eryk Deryło. Kiedy odnalezione zostają pierwsze zwłoki, presja jaka wywierana jest na lubelską policję rośnie, a na miasto spada blady strach. Tropy mrożą się i coraz więcej rzeczy zostaje pozbawione sensu, do tego ciało kobiety, które porzucono na cmentarzu, zostało okrutnie okaleczone i z rozmysłem upozowane. Do sprawy włączony zostaje Miłosz Tracz, profiler mający za zadanie utworzyć portret psychologiczny sprawcy. Pytanie tylko czy policja zdąży na czas, kiedy morderca jest zawsze o krok przed nimi, a podejrzanych jest o wiele za dużo by móc liczyć na szybkie rozwiązanie sprawy?

 

Iiiii przyszedł czas by stanąć twarzą w twarz z kolejną książką kryminalną. Będę szczera i z całą sympatią do wszystkich, którzy pracowali nad wydaniem tego tytułu, przyznam szczerze, że chociaż odchodzę od kryminałów to oddaję autorowi, że potrafi pisać. Gatunek zaczął mnie męczyć już jakiś czas temu. Dlatego jeśli już mam pisać o jakimś kryminale, nie podkreślam, że wszystko jest gatunkowo schematyczne, bo byście mnie zeżarli.

 
Pomijając dobrą narrację i niezbyt lubiany przeze mnie gatunek, nadal przyznaję, że Czornyj robi robotę. Jego postaci są wręcz do bólu prawdziwe ( i wkurzające do przesady), obraz Lublina, jako mrocznego miasta, którego powinni bać się wszyscy jest przekonujący i naprawdę ciężki w swoim klimacie. Trochę zawiodłam się na zbrodni, która była rzekomo na tle religijnym, ale tylko dlatego, że spodziewałam się ingerencji kościoła (jako instytucji) albo jakiejś organizacji religijnej typu Opus Dei. A tutaj…no cóż. Nie ma co narzekać, zawsze mogło być gorzej.

 

Największym plusem książki Czornyja, że nie usiłuje się do nikogo upodobnić, chociaż zawsze może się to zmienić (mam nadzieję, że jednak nie…). Autorowi życzę samych sukcesów, a wydawnictwu gorąco dziękuję za krwawą niespodziankę.

 

 

Hasacz.

Reklamy

Szczepan Twardoch „Ballada o pewnej panience”. Czego Twardoch nie dotknie, w złoto się zmienia?

Ballada-o-pewnej-panience-okładka-282x400Tytuł: Ballada o pewnej panience
Autor: Szczepan Twardoch
Ilość stron: 314
Wydawnictwo: Literackie

 

Trudno mówić o związku literackim między autorem a czytelnikiem, kiedy masz dwadzieścia cztery (prawie pięć) lat i zupełnie nie potrafisz opisywać książek. Tak. Mam na myśli siebie. Do dzisiaj pamiętam, aż za dokładnie, kiedy powiedziałam autorowi, że moją ulubioną książką spod jego ręki jest Wieczny Grunwald, który uchodzi za najtrudniejszą w jego dorobku. To uczucie, kiedy autor zamiast pozytywnego zaskoczenia, przeżywa szok i pyta o twój wiek. Długo też bałam się pisać o jego twórczości, ze względu na swój słaby styl, brak wykształcenia w tym kierunku i tym podobne. Dlaczego? Bo autorzy to często delikatniejsze kwiatuszki niż baba w napięciu przed miesiączkowym czy w menopauzie. Piszący o książkach dobrze to znają. Dlatego tym trudniej pisać o książce autora, którego się podziwia, nie mając pewności czy jakimś cholernym trafem nie dokopie się do twojej opinii i nie będzie miał pretensji.

 

Ci, którzy czytają mojego bloga od jakiegoś czasu wiedzą jak nie lubię antologii. Zbiory opowiadań często nie mają dla mnie większego sensu, bo wolę kiedy fabuła jest rozbudowana, dobrze poprowadzona i ma krwistych bohaterów. I napisała to durna dziewucha, która rozpływa się nad obyczajówkami, które równie dobrze można zaliczyć do literatury brukowej typu harlequin. Jednak jak świat wielki i okrągły, tak zróżnicowany można mieć gust literacki, czyż nie? Mój jest tak eklektyczny, że zalatuje schizofrenią, więc z góry uprzedzam, dziwne to.

Szczepan Twardoch, podobnie jak Łukasz Orbitowski to autor, którego twórczość trafia do mnie w każdej postaci. Faktem jest, że nie potrafię napisać niczego sensownego o książkach autora, bez zbędnego pitolenia o jego niesamowitości i tego, że facet czego by nie ruszył, zamienia się w złoto. W tym przypadku złotem są nominacje do nagród literackich. Mam też cichą nadzieję, że autorowi wejdzie w krew wydawanie książek tuż przed Targami Książki w Krakowie.

Typowo dla siebie, Twardoch w bardzo metaforyczny, trochę nawet mroczny i humorystyczny sposób przedstawia rzeczywistość swoich bohaterów. Niezależnie jak dziwnie to brzmi, autor naprawdę potrafi w opowiadania. Ma on trochę manierę tworzenia złamanych życiowo mężczyzn. którzy w swoim życiowym nieszczęściu ranią jeszcze wszystkich dookoła.

Określenie jego antologii jako niewystarczająca dla głodnego umysłu czytelnika to w moim odczuciu idealne podsumowanie po lekturze.  Twardoch, niczym ten Stirlitz, oblizuje łyżeczkę z herbaty i pokazuje nam język, uśmiechając się szelmowsko i mówiąc tym swoim niskim głosem: bawcie się dobrze, dzieciaczki.  i tylko patrzy na rosnący niedosyt, jaki w nas pozostawia.

 

Nikogo raczej nie zaskoczy fakt, że nie umiem wybrać ulubionego opowiadania. Ballada o pewnej panience to kwintesencja Szczepana Twardocha i jego talentu literackiego.

 

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu Literackie.

 

 

Hasacz.

Graham Masterton „Głód”. Zrobiłam się na to za głupia.

Glod_ReplikaTytuł: Głód
Autor: Graham Masterton
Ilość stron: 415
Wydawnictwo: Replika

 

Byłam jeszcze zupełnym szczylem kiedy przeczytałam pierwszą książkę Mastertona. I wtedy wydawał mi się prawdziwym mistrzem w swoim gatunku/ fachu. Bo co innego mogłam stwierdzić, kiedy miałam ledwo dwanaście lat i zerowe pojęcie o książkach? Zaczęło się od Szarego diabła, a potem poszło falą. Przez Rytuał, Manitou po właśnie Głód. I tak naprawdę im starsza się robię, tym bardziej dochodzę do wniosku, że jestem albo za głupia na takie imprezy ( najbardziej prawdopodobny scenariusz ) albo się do tego po prostu nie nadaję.

 

Wszystko zaczyna się pewnego dnia, gdy Ed Hardesty, właściciel gigantycznej farmy pszenicznej, staje u progu upadku. I mimo desperackich prób ratowania połaci złotych łanów, jest zmuszony ogłosić upadłość. A wszystko to dlatego, że jego uprawy pochłonęła tajemnicza zaraza, która z dnia na dzień zaczęła pochłaniać wszystkie uprawy amerykańskich rolników. Nie tylko zboża, ale i owoce, warzywa, zioła. Wszystko niszczeje. A co za tym idzie, największy kraj na świecie staje przed widmem głodu. To popycha ludzi do powrotu do ich pierwotności. By przeżyć za wszelką cenę.

 

Kiedyś, może jakieś dziesięć lat temu, byłabym zachwycona wizją apokalipsy, która dotknęła USA w książce Mastertona. Teraz, licząc swoje nieszczęsne dwadzieścia cztery lata, mam wrażenie, że takie książki są dla mnie po prostu zbyt przesadzone.  Z mojej perspektywy Ameryka nigdy nie była żadną potęgą, nawet jeśli mieli rozwiniętą gospodarkę itp. Może właśnie dlatego nie dotarła do mnie ta niesamowitość powieści Mastertona, która traktuje o….cóż, w zasadzie realnym zagrożeniu. Bo jeśli nie natura to ludzie sami się wykończą.

 

Nie będę narzekała na kreacje postaci, które i tak pozostawiają wiele do życzenia. Sam zamysł na powieść był w porządku. Gdyby go bardziej rozbudować może byłoby to lepsze w odbiorze. Nie ma co narzekać na wplatanie sowieckich władz w całość, biorąc pod uwagę rok wydania książki i fakt, że wtedy nadal trwała komuna za oceanem ( dla Amerykanów oczywiście). Będę jednak szczera i przyznam jednogłośnie: Głód Mastertona był nudny i zdecydowanie nie polecam książki ludziom, którzy mają mało czasu. Szkoda go marnować na coś tak słabego i niezajmującego. Niestety.

 

Jednak jeśli jesteście miłośnikami twórczości Mastertona to zdecydowanie powinniście sięgnąć po jego książkę, nie ukrywajmy – jeśli jesteście mu wierni mimo wszystko, po prostu pożrecie i ten tytuł.

 

 

Za książkę dziękuję księgarni internetowej:
logo1

Szczególnie polecam księgarnię czytam.pl ze względu na ich naprawdę dobre ceny oraz promocje – plus do każdego zamówienia dodawana jest mega urocza zakładka, ewentualnie cały ich komplet. Dodatkowym plusem jest też świetny kontakt z klientem i jeśli książka, którą zamówicie przyjdzie uszkodzona, zostaniecie powiadomieni o tym fakcie, nawet jeśli przyjdzie wam poczekać dzień dłużej na zamówienie. To się nazywa dbałość o klienta!❤

 

 

 

 

Hasacz.

Claudia Gray „Tysiąc odłamków ciebie”. To nadal jest sci-fi…

_Claudia Grey_Tysiąc odłamków ciebie grzbiet 22 mm skrzydełkTytuł: Tysiąc odłamków ciebie
Autor: Claudia Gray
Ilość stron:351
Wydawnictwo: Jaguar

 

Z książkami Claudii Gray, a właściwie Amy Vincent spotkałam się początkiem tego roku. Na zagranicznych kanałach youtubowych rzucały mi się one w oczy i w końcu uznałam, że jednak przeczytać, skoro tyle ludzi to poleca. Po przeczytaniu w zasadzie całej serii po angielsku, wydawnictwo Jaguar ogłosiło, że wyda serię w Polszy. A potem polało się takie szambo, że oczy mi krwawiły, a mózg wylewał mi się uszami. Kiedy ludzie mają pretensje do autorki, że seria sci-fi nie jest sci-fi bo za dużo romansu i cała masa argumentów, które jeszcze wzmocniły moją niechęć do udzielania się w internetach.

 

Pierwsza część trylogii to całkiem dobre wprowadzenie do świata. Marguerite Caine jest córką wybitnych fizyków, więc od dziecka poznawała najodważniejsze teorie naukowe. Najbardziej nieprawdopodobną była ta, która mówiła o możliwości podróżowania między równoległymi rzeczywistościami. Jej matka skonstruowała urządzenie, które umożliwiało taką podróż. Firebird. Gdy ojciec Marguerite zostaje zamordowany, wszystkie dowody wskazują Paula Markova, błyskotliwego asystenta jej rodziców. Mężczyzna chcąc uniknąć sprawiedliwości, ucieka  do innego wymiaru. Problem w tym,że mimo swojej błyskotliwości, nie wziął pod uwagę, że córka Caine’ów to uparta bestia i zamierza go znaleźć, a potem samej wymierzyć sprawiedliwość. W ten sposób zaczyna się jej podróż po innych rzeczywistościach, gdzie spotyka inne wersje siebie. Od wielkiej księżnej w carskiej Rosji, przez ekscentryczną bywalczynię klubów w futurystycznym Londynie, po mieszkającą w stacji oceanicznej naukowiec. Po drodze wdaje się w romans, który jest dla niej śmiertelnie niebezpieczny…jak i niesamowicie kuszący.

 

Krew mnie zalewała, kiedy czytałam, że to nie jest sci-fi tak jak mówili, że jest. Naprawdę…jestem jedynym blogerem, który pisze o książkach, który ma sakramencki problem z określaniem gatunków literackich, ale do ciężkiej cholery…TO JEST SCI-FI!

To wszystko nie musi się dziać w jakimś odległym kosmosie, w jakiejś galaktyce na pasie Oriona czy pies wie gdzie. Nadal spełnia warunki gatunku, bo aż sprawdziłam to z wujkiem Google. A kiedy już się wkurzyłam i zaczęła mnie pokonywać głupota – o dziwo nie moja – uznałam, że czas trochę napisać o książce.

 

Nie czytałam polskiego tłumaczenia, chociaż bardzo miło ze strony wydawcy, że zechciał mi podesłać papier. Bardzo miło. Generalnie postać Margie ( nie chce mi się pisać jej pełnego imienia, jest beznadziejnie długie i w ogóle …) jest wykreowana na upartą bestię, która nie da się wrobić w status idiotki w opałach. Ktoś wziął i zabił jej ojca to dziewczyna nie siądzie i nie będzie płakała tylko bierze los w swoje łapy. Z użyciem Firebirda, którego skonstruowała jej matka, zaczyna tropić między wymiarami mężczyznę podejrzanego o zamordowanie jej ojca.

 

Oczywiście w całej historii musiał być wątek miłosny, który sakramencko był naciągany, o czym zdążyłam napisać autorce (pani na twitterze jest bardzo kontaktowa, serio). Jednak poza słabym wątkiem miłosnym, na który można bez problemu przymknąć oko, książka napisana jest naprawdę dobrze i nie widzę powodu by obrzucać to takim hejtem czy krytykować złe dopasowanie do gatunku.

 

Z drugiej strony czego wy się spodziewacie po książkach dla młodzieży?
Ile ludzi, tyle interpretacji. Poza tym mam dla was taki pro tip: jak już się bierzecie za czytanie książek młodzieżowych to warto byłoby przemyśleć czy nie jesteście po prostu za starzy na taką tematykę i czy ty w ogóle jest wasz gatunek. I wtedy krytykujcie.

 

 

Za książkę w wersji polskiej dziękuję wydawnictwu Jaguar

 

 

 

 

 

 

Hasacz.

Jeff Zentner „Goodbye Days”. Kiedy muzyk zaczyna pisać książki, coś musi pójść nie tak.

516-WZ4BhsL._SX329_BO1,204,203,200_Tytuł: Goodbye Days
Autor: Jeff Zentner
Ilość stron: 430
Wydawnictwo: Jaguar

 

Jakiś czas temu, przekopując swoje odmęty książek po angielsku, dokopałam się do Goodbye Days. Początkowo nawet nie zwróciłam uwagi na ten tytuł, był w moim zbiorze i tyle. Potem mignął mi w zapowiedział Jaguara, który jakimś cudem zechciał ze mną współpracować. W oczekiwaniu na polską premierę, przeczytałam ten tytuł. Potem dotarło do mnie, że ten sam facet napisał Króla węży, którego chcę przeczytać. Jak było z tym tytułem? Czy jednak powinnam sięgnąć po drugą książkę Jeffa?

 

W Goodbye Days została przedstawiona bardzo niefortunna sytuacja, która na dobrą sprawę wywróciła do góry nogami życie nastoletniego Carvera Briggsa. Chłopak pracował w księgarni i wiódł całkiem przyjemne życie typowego nastolatka, który ma swoich trzech najlepszych kumpli. Wiadomo. Znają się od lat, wiedzą o sobie rzeczy, których nigdy nie powiedzieliby swoim rodzicom czy członkom rodziny. Bo tak po prostu jest. Pewnego wieczoru Carver czeka na swoich przyjaciół, którzy po seansie w kinie, mieli odebrać go z pracy by mogli pójść na swoje tradycyjne szejki. Sęk w tym, że na swojego smsa, którego wysłał nigdy nie dostał odpowiedzi.
Mając siedemnaście lat, Carver staje w obliczu procesu sądowego, oskarżony o spowodowanie tragicznej śmierci swoich trzech przyjaciół, ponieważ ojciec jednego z nich – wpływowy sędzia Edwards – kieruje sprawę do prokuratury. W momencie Carver nie dość, że musi bronić siebie to jeszcze zderza się z odrzuceniem przez rówieśników, a rodziny zmarłych przyjaciół, proszą o pociechę i pomoc w pogodzeniu się ze stratą dzieci. Jedynymi przychylnymi osobami w tej sytuacji są jego rodzice, siostra Georgia oraz dziewczyna jednego ze zmarłych kumpli. Jak potoczyła się ta historia do końca? Czy Carver przetrwał?

 

Początkowo miałam wrażenie, że takie durne rzeczy jak obarczenie kogoś za czyjś wypadek, może wydarzyć się tylko w małych miasteczkach, gdzie ludzie naprawdę mają ograniczone myślenie. Książka momentami była tak nielogiczna i irytująca, że miałam ochotę rzucać telefonem. Jednak z drugiej strony wylewały się z niej takie emocje, że od razu można się domyślić, że napisał ją ktoś kto nie boi się mówić o uczuciach.

 

Carver z jednej strony był postacią, którą należy podziwiać za to co przeżył i jak sobie z tym poradził. Z drugiej strony każde oskarżenie wystosowane przez otoczenie w jego stronę było tak durne, że naprawdę zastanawiałam się co autor w ogóle miał w głowie, pisząc o takich sytuacjach. Chłopak musiał przeżyć trzy pogrzeby w ciągu jednego tygodnia, potem błąkać się po sądach i jeszcze spędzać czas z rodzinami zmarłych przyjaciół. To się nazywa złośliwość rzeczy martwych, if you know what I mean.

 

Jego siostra, Georgia była chodzącą furią z PMSem. Broniła go jak lwica, nawet w momentach gdy sam wątpił czy w ogóle powinien dalej żyć. Szczególnie, że Carver po prostu był przekonany, że to on zabił swoich kumpli. Do tego, żeby było ciężej, chłopak zakochał się w nieodpowiedniej dziewczynie, nagadał jej i jeszcze potem ją za to przepraszał. Nie mam pojęcia jaki to miało cel, ale nadal uważam, że wątek „serduszka” Carvera mógł byś poprowadzony lepiej.
Książka całościowo była piekielnie egzaltowana. Rozumiem ból utraty, cierpienie i całą inną zbieraninę uczuć, które temu wszystkiemu towarzyszą. Jednak żeby zrozumieć tę książkę trzeba jednak mieć jakiś zmysł artystyczny, bo dla mnie to jest infantylne jojczenie, zwłaszcza ze strony sędziego Edwardsa, który szukał sprawiedliwości, gdzie jej do cholery nie było! Dorosły facet, wpływowy sędzia…A głupi!

Tak wiem, uznacie, że się nie znam, bo nie straciłam dziecka. Ale to dalej nie ma logicznego wyjaśnienia poza tym, że facet był mocno zafiksowany. A potem, żeby było zabawniej, zrobił coś co przeczyło jego wcześniejszym zamiarom i choć nie powinnam, bo cała książka ma poważny charakter, ale piałam jak na dobrym kabarecie.

 

Mimo braku zrozumienia większości zachowań opisanych w książce, nadal doceniam język jakim jest napisana i kreacje bohaterów. Nie wiem na ile powinnam ją ocenić, ale to przyjemne czytadełko, które w odpowiedniej interpretacji naprawdę może komuś pomóc zrozumieć i pogodzić się ze stratą bliskiej osoby. Dla mnie to była po prostu emocjonalnie przesadzona historia o chłopaku , który w pewnym momencie zachowywał się tak, jakby rozważał umartwianie się z poczucia winy.

 

Za książkę w polskiej wersji językowej, dziękuję wydawnictwu Jaguar.

 

 

 

Hasacz.