Mira Grant „Blackout. Przegląd końca świata III”. Zombie vs ludzie czy raczej ludzie vs ludzie?

blackoutTytuł: Blackout. Przegląd końca świata III.
Autor: Mira Grant
Ilość stron: 509
Wydawnictwo: SQN

 

Nie zliczę ludzi, którzy uwielbiają The Walking Dead czy Supernatural i męczą mnie o to, żeby oglądać to razem z nimi. Nie jest to ani moja tematyka, a i jestem całkowicie aserialowa, afilmowa – wszystko co na a, będące zaprzeczeniem fana. Jedyną rzeczą, która traktuje o zombie i naprawdę czułam dziką satysfakcję czytając jak i grając w to na konsoli była książka i gra Dying Light. Typowo dla siebie, mając lepsze opcja, grałam w modzie zombie i siałam spustoszenie w ruinach Rojo De Janeiro ( tak za dużo Rojsona ).

Ale odbiegłam od tematu. Bardzo typowo dla siebie, zaczęłam serię Miry Grant od dupy strony czyli tomu trzeciego – SPOILER CAŁEJ SERII W JEDNĄ NOC! Takie rzeczy tylko z hasaczem! A tak serio, to nie czuje specjalnie, żebym coś straciła. Poza tym, że ludzie tłuką się już nie tylko z zombie, ale i między sobą, kiedy to lek na raka został wynaleziony, opracowano skuteczną szczepionkę na grypę – a tutaj psikus, bo jednak, halo, to ludzie są największym zagrożeniem dla człowieka. Przypadek?

Nie sądzę! Generalnie wiało mi okrutnie przewidywalnością w tej serii. Tych, którzy chcieli ratować świat, oskarża się o bioterroryzm, tajemnice obiektu 7c i tak dalej. Przesyt wszystkiego, chociaż zagrożenia są naprawdę realne. Zombie-apokalipsa? Nie ma sprawy. Wojna już nie międzygatunkowa, a inside-gatunkowa? Fair enough, to się dzieje nawet teraz. Ale autorka nie jest jakąś wybitną narratorką, a całość wydawała się momentami naprawdę nudna.

Całkowicie rozumiem, że są ludzie, którym ta seria podobała się naprawdę mocno, ale ja jestem tym hasaczem, który woli krew, flaki i mniej przewidywalne zakończenia serii, a nie tak, że ja się łapię za książkę i po pierwszych dwudziestu stronach ja wiem jak to się kończy i po każdym kolejnym rozdziale miałam w głowie : Sooooo obvious!

A finalną konkluzją było tylko głośne: Totally boring! I chce mi się płakać, bo cholera, ta seria zapowiadała się tak świetnie, tak bardzo miałam zamiar zakupić pozostałe części. Ale chyba sobie odpuszczę i po prostu zostawię sobie miejsce na książki z serii imaginatio od SQNu.

 

Za książkę dziękuje wydawnictwu SQN.

 

 

Hasacz.

Jakub Małecki „Ślady”. Kiedy nie żyjesz żyjąc pośród swoich krewnych.

slady-front_1000px-465x663Tytuł: Ślady
Autor: Jakub Małecki
Ilość stron: 297
Wydawnictwo: SQN

 

Mamy dokładnie dwadzieścia minut do rozpoczęcia 25 dnia września, niedzieli. Dnia kończącego trzydziesty ósmy tydzień 2016 roku. Pamięta ktoś ile razy już skończył się świat? Najpierw miało to nastąpić ostatniego dnia grudnia z 1999 na 2000. Potem zapowiadali go na dwa lata później, jeszcze później straszyli nim w 2012 roku, nawet robią film katastroficzny o tym samym tytule. A mimo to nadal tu jesteśmy. Nadal żremy się między sobą przez różnice poglądowe, przez inną wiarę albo jej brak. Nadal chcą zmieniać prawa, które nas wyniszczą. Chcą odebrać wolność wyboru w trudnych sprawach nie tylko kobietom. Z oprawców robi się ofiary, z ofiar oprawców. Świat zmierza w złą stronę. I jak ten cholerny Nostradamus, mamy Małeckiego, który o takich małych końcach świata pisze książkę. Fikcja literacka czy Illuminati ( albo inne Opus Dei)?

 

A tak całkiem poważnie Ślady Małeckiego jawią się jako kolejna genialna książka, która na długo pozostaje w człowieku. Głęboko refleksyjna, dziwna i zarazem ważna. Tadeusz ginie na wojnie, raniony w głowę. I choć pada podczas walki z roztrzaskają głową, nadal gdzieś istnieje. Chociażby w życiach swoich krewnych. Tych dalekich i tych bliskich. Chociażby w życiu Bożeny, światowej słaby modelki, która paradoksalnie chce uciec przed samą sobą, albo w życiu Ludwika, ojca kobiety. Mężczyzna budzi się codziennie nie mając pojęcia kim jest ,a mimo to istnieje, żyje chcąc być kimś. Kolejne życiorysy przeplatają się między sobą coraz gęściej, tworząc obraz różnobarwnych emocji, przeżyć i strachu.

Samego Małeckiego możecie kojarzyć nie tylko z Dygotu, ale i tłumaczeń, które poczynił dla wydawnictwa. To on tłumaczył chociażby oba tomy Listów niezapomnianych. I trzeba oddać chłopakowi, że dobrze to robi, bo gdyby nie dobre tłumaczenie, całość umierałaby sromotnie gdzieś na dnie magazynu wydawnictwa. Tymczasem okazuje się, że poza tłumaczeniem innych książek, pisze sam. Swoje, niepowtarzalne, twarde i ważne książki. Przede wszystkim nie życzę mu i to za nic, żeby jego książki trafiły do kanonu lektur szkolnych, bo osobiście musiałabym jechać na Wiejską i komuś strzelić w ryj za durne pomysły ( jakby już nie mieli debilnych pomysłów), ale chciałabym, bo i byłoby naprawdę dobrze, gdyby ludzie czytali Małeckiego dla niego samego, dla jego twórczości.

Od Dygotu miałam duże oczekiwania względem twórczości Jakuba Małeckiego, ale już po samym skrócie fabularnym na tyle okładki wiedziałam, że to nie będzie zła książka. To książka o przemijaniu, szukaniu siebie i walki z szaleństwem, tęsknocie, miłości. To portret wielopłaszczyznowy, który na długo pozostaje w człowieku po jego przeczytaniu. W zasadzie nie da się napisać niczego złego o Śladach. Jest tu wszystko. Po prostu. Takie książki chce się czytać.

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu SQN.

 

 

Hasacz.

Przedpremierowo: Marlon James „Krótka historia siedmiu zabójstw”. „Bad boys, whatcha gonna do when they come for you?”.

james_krotka-historia_mTytuł: Krótka historia siedmiu zabójstw
Autor: Marlon James
Ilość stron: 747
Wydawnictwo: Literackie
Premiera: 27 października 2016

 

Czasami mam chwile zwątpienia, gdzie nie mam już siły pisać o książkach, które czytam. Chociaż szczerze to uwielbiam. Jednak użeranie się z niektórymi ludźmi jest naprawdę ciężkie. I wtedy na horyzoncie pojawia się wydawnictwo, które nie tylko dba o recenzentów, ale i proponuje ci książki, które swoją premierę mają grubo za ponad miesiąc. I jak tu nie kochać tego co się robi? Do tego do Krótkiej historii siedmiu zabójstw dodana była mała płyta winylowa, która – uwaga – gra! I to jak! Doskonale nastrajając do tego co czeka nas na kartach powieści.

 

Ale skupiając się na książce. A Brief History of Seven Kilings czyli dokładnie to co w Polsce pojawi się jako Krótka historia siedmiu zabójstw, to potężna historia rozpisana na blisko siedemset pięćdziesiąt stron, która nie tylko prezentuje kulisy zamachu na Boba Marleya z 1976 roku, ale i ciągnie nas niemal z bolesną rozkoszą przez świat narkotyków, przemocy, korupcji, poetycko wręcz zbroczony krwią, w dymie ze skrętów marihuany. Nie macie co spodziewać się grzecznego języka i łagodnych opisów. Nie w tym życiu.

Dzięki finezyjnemu tłumaczeniu Roberta Sudóła, odebrałam książkę dokładnie tak jak podczas czytania angielskiego wydania. Nawet mimo faktu posiadania egzemplarza mocno przedpremierowego, nie było bijących w oczy błędów rzeczowych, ani niczego złego co zepsułoby mi odbiór książki. A należę do tych czytelników, którzy przykładają bardzo dużą wagę do prawidłowego tłumaczenia książki i edycji tekstu ( przynajmniej w rozmieszczeniu go na kartkach )

Najważniejsza jest jednak narracja, którą prowadzi Marlon James. Nie dość, że postaci stworzone przez niego to jeden zbiorowy majstersztyk, bo to wymiarowe, niemal namacalne osoby, które – jak się może wydawać – żyły kiedyś naprawdę ( poza Marleyem, obviously ), to jeszcze wystarczy się oddać jamajskiemu klimatowi jaki unosi się nad książką, podczas czytania i bujać się w rytm piosenki Bad boys Boba Marleya.

Nic więcej nie napiszę, biorąc pod uwagę fakt, że nadal jestem w ciężkim stanie niedosytu po tej książce i naprawdę czekam tylko aż wszyscy będą mogli ją przeczytać. Z jednej strony czytanie książek przed premierą jest świetne i w ogóle czuje się wyróżniona, al w moim tempem czytania, brak możliwości podzielenia się spoilerowymi spostrzeżeniami na temat książki, jest bolesny. Nie ma co jednak narzekać. Literackie zafundowało nam – czytelnikom – niekwestionowanie najlepszą książkę jesieni 2016. I mówię wam to ja – Przyczajony Hasacz.

 

Za książkę bardzo gorąco dziękuję wydawnictwu Literackie.

 

 

 

Hasacz.

Roman Kostrzewski & Mateusz Żyła „Roman Kostrzewski. Głos z ciemności”. Przez dorastanie w PRL-u po szczyt sceny metalowej.

przeczytaj-fragment-ksiazki-roman-kostrzewski-glos-z-ciemnosci_articleTytuł: Roman Kostrzewski. Głos z ciemności
Autor: Roman Kostrzewski, Mateusz Żyła
Ilość stron: 344 + 8 zdjęć
Wydawnictwo: SQN

 

Osoba Romana Kostrzewskiego nigdy nie była dla mnie nikim szczególnym – szczególnie, że nie miałam pojęcia o jego istnieniu, ani o tym, że to on jest odpowiedzialny za zespół KAT. Z twórczością zespołu zetknęłam się w dość młodym wieku, bo byłam wtedy w piątej albo szóstej klasie podstawówki. Uznanie wtedy, że tamten pan w tej piosence ładnie śpiewa, wydaje mi się co najmniej śmieszne, żeby nie powiedzieć jak głupio się poczułam, kiedy dotarło do mnie, że to muzyka metalowa. A raczej zostałam uświadomiona przez starszego brata. Między innymi dlatego też zdecydowałam się napisać o tej książce.

 

Teraz Kostrzewski to przede wszystkim uosobienie samozaparcia w dążeniu do postawionych sobie celów. Dla jednym może być to siwy pan, któremu nie znudziło się darcie do mikrofonu. Dla drugich to świetny artysta – bo przecież sztuka to jednak różne ma oblicza. Z kolei jeśli chodzi o mnie,to przede wszystkim silny człowiek, który powiedział życiu: Okay, skopałeś mnie, ale teraz to ja rządzę. Czy zmieniłam zdanie po przeczytaniu książki? W zasadzie nie. Lektura Głosu z ciemności uświadomiła mi tylko, że ten facet to taki odpowiednik wojownika, który ma dupę ze spiżu.

Dzieciństwo w bidulu, dorastanie w ciężkiej peerelowskiej rzeczywistości, początki dorosłego życia, rozkręcanie zespołu. To wszystko to tylko wierzchołek góry lodowej, jakim jest życie Kostrzewskiego, połączone z historią zespołu. Facet jest też z tego pokolenia, które zaraz po tych wojennych bataliach, musiało walczyć o swoje. Dlatego dobrze zadać sobie pytanie: Ten facet jest dziwny czy po prostu cholernie waleczny?

Książka to wywiad rzeka, podobnie jak w przypadku autobiografii Kazika Idę tam gdzie idę. Żyła zadawał przemyślane pytania, które najpewniej sami fani KATa i samego Kostrzewskiego chcieliby zadać, a on odpowiada rozwlekle, barwnie i szczerze. Takie książki cenie przede wszystkim za wkład pracy, który został włożony w jej napisanie. I takie biografie/ autobiografie czyta mi się najlepiej. To niecałe 350 stron kwintesencji człowieka jakim jest Kostrzewski, jego skomplikowanych relacji jak i samego światopoglądu.

Zamiast satanisty, faceta drącego się do mikrofonu, poznałam mężczyznę inteligentnego, pewnego sowich poglądów, oczytanego i przede wszystkim silnego. Już samo to powinno wam uświadomić, że jeśli słuchacie KATa, to ta książka jest waszym MUST HAVE, niezależnie jak osobliwy wydaje się wam Kostrzewski i jego sposób myślenia. Gorąco polecam lekturę Głosu w ciemności i z łapą na zielonym serduchu zapewniam – zajebista rzecz.

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu SQN.

 

 

Hasacz.

Kate Scelsa „Wyznawcy niemożliwego życia”. Historia przyjaźni niemożliwej – niezależnie jak głupio to brzmi.

916069-n-aTytuł: Wyznawcy niemożliwego życia.
Autor: Kate Scelsa
Ilość stron.303
Wydawnictwo: HarperCollins

 

Czasami ludzie wiedzą, że nie pasują do tego co ich otacza. to się czuje. Odrzucenie, ból i brak dopasowania. Z tym można żyć. Wtedy ludzie nazywają się wyrzutkiem, outsiderem, dziwadłem. Z kolei kiedy sobie z tym nie radzisz, po prosu chcesz ze sobą skończyć. Chociaż to nie jest w żaden sposób dobrym wyjściem. Poczucie bycia gorszym jest jeszcze bardziej uciążliwe, szczególnie kiedy otoczenie niczego nie ułatwia i ludzie dookoła robią z ciebie jeszcze większego dziwaka, tylko dlaczego, że czegoś ci zazdroszczą, albo po prostu chcą cię zniszczyć.

Mira była tą „gorszą” córką prawników, z chroniczną depresją, jej przyjaciel Jeremy padł ofiarą szkolnego prześladowania, a Sebastian wychowywał się w kolejnej rodzicie zastępczej, która widziała w nim same problemy. Ich przyjaźń była o tyle silna, ponieważ wszyscy mieli jedną, bardzo ważną wspólną cechę. Cała trójka była dramatyczne pogubiona i złamana życiowo. Dlatego postanowili razem stworzyć własną rzeczywistość, gdzie nie będą musieli cierpieć ani znosić swojego niedopasowania. Problem jednak pojawi się w momencie kiedy nie będą potrafili wybrać między przyjaźnią, miłością a pożądaniem tylko dlatego, że nie rozróżnią tego kiedy będzie trzeba.

 

Kate Scelsa nakreśliła niedługą historię trójki przyjaciół, którzy nie potrafili sobie poradzić z życiem. Mirandy, nazywanej przez przyjaciół Mirą, która była wiecznie pogrążona w depresji, nie radziła sobie ze stresem i kilka razy usiłowała ze sobą skończyć. Jeremy z kolei wychowywany jest przez parę gejów i choć uczy się doskonale, jego rówieśnikom to nie pasuje i dochodzi do paskudnego incydentu wycelowanego w niego samego. Do tego chłopak waha się poważnie między tym kim jest i kim chce być. Sebastian, zwany Sebbym, ma problemy ze stabilnością emocjonalną i nie potrafi sobie poradzić z tym co czuje. Nie potrafi przyjmować do wiadomości, że ludzie się o niego martwią, a przyjaciele chcą dla niego jak najlepiej.

Po wielkim zamieszaniu, dramatach, chwilach pragnienia i pożądania, dochodzi do rozłamu i kończy się pewien etap w ich życiu oraz przyjaźni. Wyznawcy niemożliwego życia to historia pełna bólu, odrzucenia, braku zrozumienia i utraty siły do życia. To historia o nastolatkach, którzy nigdy nie byli zwykli. Nie znają prawdziwej definicji szczęścia, a kiedy wydaje im się, że dostali odrobinę dobra od życia, zostaje im ono brutalnie odebrane.

To kolejna książka, która udowadnia jak ślepi na problemy innych jesteśmy, biorąc pod uwagę to z jak dużą ilością ludzi mijamy się w przeciągu czasu edukacji czy całego swojego życia. Nie pamiętamy tego ważnego powiedzenia, że najweselsi ludzie są najsmutniejsi. To ma swoje zastosowanie w życiu. Kate Scelsa wyróżniła problem na tle życia swoich bohaterów i choć mogła napisać tę książkę obszerniej, nadal Wyznawcy niemożliwego życia trafiają na moją półkę „ulubione”.

 

Za książkę dziękuje wydawnictwu HarperCollins Polska.

 

 

 

Hasacz.