Ken Liu „Ściana burz”. Byłam pewna, że lepiej nie będzie!

sciana-burzTytuł: Ściana burz
Autor: Ken Liu
Ilość stron: 765
Wydawnictwo: SQN imaginatio

 

To, że hasacz to niecierpliwy zwierz, wie raczej każdy, kto miał ze mną do czynienia na płaszczyźnie interesów książkowych. Biedni ludzie od promocji w wydawnictwach. Po Królach Dary nie mogłam się doczekać kontynuacji. Roznosiło mnie i denerwowałam się czy w ogóle Ściana burz da radę dorównać pierwszemu tomowi.  Nic dziwnego. Jestem pewna, że wielu z was czytających doskonale zna problem drugiego tomu, który w wielu przypadkach – nie generalizuję, tylko zauważam – jest wymuszoną kontynuacją. No to zanim wydawnictwo ukochało mnie egzemplarzem, wyżuliłam ebooka od znajomego po ęgielsku i w ten sposób zaczęłam czytać.

 

Po pierwsze, objętościowo książka połechtała mile moje zapotrzebowanie na grubszą kontynuacje. Głównie dlatego, że pierwszy tom wydawał mi się urwany w pewnym momencie, co mnie bolało, ale przypuszczam, że był to zabieg celowy, ze względu na rozbudzenie apetytu w oczekiwaniu kontynuacji. Cwaniaczek z tego Liu.

Po drugie, w tym tomie poznajemy dalsze losy cesarza Kuni Garu, którego w pierwszym tomie poznaliśmy jako zabijakę, stanowiącego przeciwieństwo Mata Zyndu, swojego przyjaciela. W Ścianie burz śledzimy jego starania w zapewnieniu królestwu rozwoju i dobrobytu, a jednocześnie spełnić zapotrzebowania swojego ludu. Sęk w tym, że obecnie panujący cesarz nie zdaje sobie sprawy, że za mityczną Ścianą Burz kryje się niezwykle potężna siła, która jest w stanie rozpętać w Darze pandemonium.

Co więcej, do jednej z wysp docierają tajemnicy Lyucu ze swoimi skrzydlatymi bestiami, przez co w imperium wybucha istny chaos. Tym razem cesarz Kuni nie może poprowadzić swoich ludzi przeciwko zagrożeniu, ponieważ musi stawić czoło fałszywym oskarżeniom i zdradzie wśród najbliższych. Jedyną nadzieję dla Dary stanowią dorosłe już dzieci cesarza, które gotowe są zbudować swoją historię.

 

Liu posiadł tę specyficzną umiejętność prowadzenia narracji, która wprowadza człowieka w pewien rodzaj filozoficznego uniesienia. I jest to wyczuwalnie zarówno w oryginale jak i w przekładzie pani Agnieszki Brodzik, która stanęła na wysokości zadania, jeśli chodzi o tłumaczenie książki.

I tak jak Królowie Dary zaskakiwali unikalnością i genialnymi kreacjami postaci, tak w Ścianie Burz, Ken Liu pokazał co potrafi naprawdę. Zarówno jeśli chodzi o tworzenie nowych postaci, które nie trzymałyby się konkretnego szablonu, jak i w przypadku wydarzeń pełnych niespodziewanych zwrotów akcji i genialnych opisów. Bo właśnie opisy to ten element książki, który tak bardzo przypadł mi do gustu. Mimo faktu, że nie byłam w stanie zapamiętać imion bohaterów, nadal nie mogłam odłożyć książki. To było po prostu genialne.

Jedno jest pewne. Na chwilę obecną Królowie Dary i Ściana Burz to najlepsze książki fantasy jakie przeczytałam w życiu. I jeśli trzeci tom ( wprawdzie nie ma nawet tytułu, ale zapowiedź jest ) będzie choć w połowie tak dobry jak drugi, to orzekam, że ta seria będzie miała swój ołtarzyk na moim regale. Koniec.

 

Za książkę bardzo dziękuję wydawnictwu SQN imaginatio oraz Benjaminowi – thanks mate!

 

 

Hasacz

Nowa Fantastyka nr 04 i 05/2017. Dlaczego warto czytać?

Blog_NF_04_2017Tytuł: Nowa Fantastyka 04
Ilość stron: 84
Ocena: 4.0/5.0

 
Kwietniowy numer Nowej Fantastyki przyniósł coś, co hasacze lubią najbardziej. Północ, zimne klimaty i wikingów. I cale nie napisałam tego, słuchając soundtracku z serialu Wikingowie. W ogóle…
A tak na poważnie. Podoba mi się dobór tematów w tym numerze. Już nawet nie dlatego, że mogłam się nie zgodzić z opinią o grze Vikings: Wolves of Midgard. Słyszałam o grze bardzo dużo a z gameplayi widzę tylko jedno. Najpierw cycki, potem fabuła. Niestety. Ale ja nie o tym. Ponieważ sama NF bardzo przypadła mi do gustu nie tylko ze względu na temat wikingów. Owszem w tym numerze było tego sporo – artykuł o serialu Wikingowie był bardzo w punkt, a wrzucenie zdjęcia Bjorna zrobiło mi w zasadzie cały numer, to miałam mieszane odczucia co do samej prozy, która ukazała się w tym numerze.
Nie wiem, może jestem po prostu wredna i z wiekiem robię się stetryczałą suką, która nie powinna się łapać za książki, a już na pewno nie za miesięczniki fantastyczne. Ale hej, co czytelnik to opinia. Tylko dlatego, że ja kręcę nosem, nie znaczy, że wam to się może nie spodobać.

 

Całość numeru wyszła dobrze. Trochę słabiej niż marcowy numer, nawet jeśli nie przemawiała do mnie tematyka fem-botów, które koniec końców nie były zbyt trafnie opracowane tematycznie. Tutaj poza Wikingami była też mitologia, artykuł o tym jak to pięknie DC strzela sobie w różne części ciała z każdym kolejnym filmem no i mój ulubiony artykuł Orbitowkiego z serii Po kinie. Facet naprawdę potrafi napisać o filmach. W punkt!

 

17903573_10155175904424948_4869369346925421771_n
Tytuł: Nowa Fantastyka 05
Ilość stron: 84
Ocena: 3.5/5.0

 

Z kolei jeśli chodzi o majowy numer, mogę polecić, ale tylko ze względu na świetny artykuł o przeobrażeniach legend arturiańskich na potrzeby popkultury. I w zasadzie to byłby jedyny plus. Głównie dlatego, że artykuł po Syberii 3 nie specjalnie mnie przekonał do samej gry, choć wielu ludzi zachwalało – mnie tam nie ciągnie.

Gratulacje dla Jarosława Grzędowicza za dumne 35 lat twórczości. Niech Panu rynek wydawniczy lekkim będzie, a książki piszą się same. Bo chyba mało kto nie słyszał o Panu Lodowego Ogrodu, który wśród fanów fantastyki bije rekordy.

O reszcie treści nawet nie wiem co napisać. Trochę mnie rozczarowała proza. Miałam nadzieję, że po średnim kwietniu, w maju będzie coś lepszego, ale jak to bywa dość często, przyszło większe rozczarowanie. I wcale nie chodziło o jakieś przyczepy literackie. Po prostu nie trafiło w mój gust.
Zeżarłam trochę irytacji przy recenzjach pod koniec numeru, ale to normalne. W końcu można się w duchu trochę nie zgadzać z innymi, prawda? Tylko po co zaraz pluć kwasem.

 

Ostatecznie oba numery polecam, głównie dlatego, że skoro mnie się nie spodobały pewne rzeczy, nie znaczy, że wam się nie spodoba. Bo w końcu Nowa Fantastyka to ludzie, którzy wiedzą lepiej o czym piszą, a nie taki hasacz…

 

 

Za pdf’y dzięki wielkie panom z Nowej Fantastyki.

 

 

Hasacz.

Koniec internetu czyli najczęściej zadawane pytania.

Greetings and satulations.

 

Dzisiaj mamy 23 kwietnia, koniec dnia. Ludzie czytający obchodzą dzisiaj Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Najlepsze życzenia dla wszystkich książkoholików, książkowładnych i book emperorów. Niech się wam nigdy miejsce nie kończy na książki, żebyście nigdy dna swoich portfeli nie zobaczyli i co by miejsca wystarczyło na wszystko o czym marzycie.

 

A teraz, przejdę niesprawnie do tematu, który chciałam poruszyć. Odkąd ludzie zaczęli dostrzegać mojego bloga i odkąd zaczęłam współpracować z wydawnictwami, dostaje różne pytania, które starczyłyby na półtoragodzinne Q&A. Jako, że jestem leniwą bułą, nie chce mi się o tym nagrywać, bo neta mam słabego i najpewniej taki film wrzucałby się tygodniami, stwierdziłam że o tym napisze. Pewnie znowu mi się zbierze za to, ale mówi się trudno. To mój kawałek internetu.

 

Zatem bawiąc się w kołcza łosobystego, lecimy z tematami:

 

Pierwsze z najczęściej zadawanych przez Was pytań to:
Hasacz, jak zacząć blogowanie? 

Normalnie. Wybieracie sobie dogodną dla siebie platformę blogową, zakładacie tam konto, wybieracie szablon, personalizujecie go i klikacie w „utwórz post” albo tak jak tutaj, na wordpressie „write”. Przydałby się jeszcze pomysł na bloga, ale to może przyjść później. Jak u mnie. Dlatego spokojnie, nie spieszcie się. Przemyślcie sobie wszystko i wio! 😀

 

Czasami jednak pytania są trochę inne i bardziej wymagające. Często pytacie :
Hasacz, jak zacząć współpracę z wydawnictwem?

Po pierwsze: nie ma konkretnych kryteriów, które trzeba spełnić. Ile wydawnictw tyle wymogów. Najlepiej mieć pewność tego co się robi. I mieć jakieś grono czytelników. Bo na tym głównie zależy wydawnictwom. Tak mi się wydaje. W końcu blogerzy i odpowiedni PR nabija czytelników i sprzedaż. Dlatego piszcie o książkach szczerze i bez zbędnego słodzenia, nawet jeśli po przeczytaniu książki i napisaniu o niej tekstu, będziecie mieli jakieś chore komentarze, że czytaliście inną książkę od jakiejś osoby i tak dalej.

Dobrze jednak mieć tego bloga trochę dłużej niż trzy czy cztery miesiące. Wtedy wiecie już jak stać samemu na gruncie internetowej chujozy i jak się nie potykać o komentarze o przeróżnej treści.

 

Najbardziej jednak podoba mi się pytanie z gatunku:
Hasacz, jak to jest na tym booktubie? Czy rzeczywiście wszyscy się tak kochają i wielbią? Nie ma hejtów?

Osobiście nigdy nie uważałam się na booktuberkę. Głównie dlatego, że o książkach piszę tragicznie, a mówić to ja już w ogóle nie potrafię. Te dwa tysiące i niemal siedemset osób to chyba naprawdę się nudziło, kiedy klikało „subskrybuj”. Ale z drugiej strony przynajmniej jest do kogo gębę otworzyć.

Co do tej miłości między ludźmi, którzy nagrywają na YouTube o książkach…nie ma czegoś takiego jak wielka miłość. Nie ma tęczy, jednorożców, brokatu, mieniących się wyznań miłości. Jest za to w cholerę zawiści, mnóstwo końskiego gówna i przede wszystkim od zatrzęsienia nieporozumień. Zaciera się jakakolwiek granica między wzajemnym szacunkiem a cynicznym gardzeniem sobą na wzajem.

Sama nie oglądam za wielu kanałów na booktubie, ale nie dlatego, że kimś gardzę, a dlatego, że staram się bronić przed oskarżeniami typu „ŁOBOŻE ŁOKRADŁAŚ MJE!”, bo czasami jak człowiek nawet bez oglądania innych, wpadnie na jakiś pomysł, to jest shitstorm jak stąd do Massachusetts.

Spójrzmy prawdzie w oczy: ludzie robią wszystko, żeby zgarnąć jak najwięcej dla siebie. Szczególnie, kiedy kreują się w internecie na kogoś innego, niż są w rzeczywistości.

Co do hejtu: Jest tego naprawdę dużo. Mniej niż na tej części YouTube’a poświęconej game playerom, lifestyle czy innej części, której najpewniej nie odwiedzam. Ale nadal jest. Wszędzie ludzie mają problem z tym jak wygląda osoba z materiału. Wszędzie przyczepią się do głosu, do tego jak niewyraźnie mówicie, jaką macie gestykulację i o czym mówicie w jaki sposób. Tak już jest. Ale to nie tylko na booktubie. Wszędzie. Nawet kiedy tylko piszecie blogi.

Nie możecie mieć swojej perspektywy, bo wy książki nie czytaliście, okłamujecie albo po prostu słodzicie wydawcy ( albo w bonusie dowiadujecie się jakimi niedorobami genetycznymi jesteście, co jest całkiem słodkie, bo wtedy jesteście jeszcze bardziej unikalni 😀 ) No i dobra. Ale przynajmniej macie odwagę pisać i nawiązywać współpracę czy kontakty, a nie tylko siedzicie i piszecie nic nie wnoszące komentarze. Czy coś…

Chyba nie powinnam się wypowiadać, jestem pod nadzorem psychiatry.

 

Pytanie powiązane to najczęściej:
Jak już jest hejt, to jak sobie z tym radzić? 

Iść do kołcza mejka. Albo do psychiatry. Ewentualnie mieć po prostu dupę ze spiżu i metalowy mur dookoła serduszka. bo ludzie potrafią wypisywać takie rzeczy, że szkoda nawet cytować. Dobrze jest mieć dystans do siebie, dobrze jest nie reagować.

Na YouTube jest taka fajna opcja „zablokuj użytkownika na kanale”, dzięki której osoba sądzi, że komentuje, a tak naprawdę jej komentarze są z automatu usuwanie i wy macie spokój, a ta osoba dalej może klepać w klawiaturę. Magia. I to wcale nie jest „ograniczanie wolności słowa”. To jest odcinanie się od ludzi, którzy powinni mieć ograniczony dostęp do społeczeństwa.

Szczególnie kieruję tę odpowiedź do ludzi, którzy doświadczyli przemocy psychicznej w szkołach. Bo dokładnie to usiłują robić ludzie w internecie. Z tą różnicą, że tutaj są zupełnie anonimowi i sądzą, że wolno im więcej. Nie pozwalajcie, żeby jakieś durne komentarze wpływały na was demotywująco – i nie chcę pieprzyć populizmów, ale serio…nie karmcie zwierza. Nie ma sensu.

 

Poza powyższymi pytaniami, często pytacie też:
Czy warto czytać szybko? Co zrobić, żeby czytać więcej i szybciej?

Szczerze, nie wiem. Każdy powinien czytać swoim tempem. Czytanie nie jest żadnym maratonem, stąd też moja niechęć do wyzwań książkowych. Ludzie narzucają na siebie niepotrzebną presję, żeby czytać więcej i to koniecznie.

Rozumiem, że chcecie czytać więcej, ale jeśli nie ma cie na to czasu albo po prostu macie takie, a nie inne tempo czytania, nie ma sensu się zmuszać do wysiłku. Czytanie powinno być przyjemnością. Nie patrzcie na to ile ludzie czytają. Bo to nie jest wasza sprawa. Skupiajcie się na tym jak wy czytacie, jacy wy jesteście.

 

 

 

Ogólnie najlepiej będzie jeśli przy blogowaniu będziecie szczerzy ze sobą, będziecie odsiewać ferment ze swojego otoczenia i przede wszystkim – nie będziecie mną. Bo ja to największy rak internetu ( zrozumcie mema ).

 

 

Ode mnie to tyle. Raz jeszcze najlepszego z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich. I do siego 😀 !

 

 

Hasacz.

Colleen Hoover „Confess”. Dobrze nie tykać adaptacji…

22609310Tytuł: Confess
Autor: Colleen Hoover
Ilość stron: 256 ( pdf ) 308 ( papier eng.)
Wydawnictwo:  SIMON & SCHUSTER || POL: Otwarte
Polska premiera: 10 maja 2017

 
Mój stosunek do książek Hoover zmienia się jak kalejdoskopie. I nie. To nie musi być zaraz moja wina. Po prostu nie każda książka ten autorki ma taki sens jak powinna. Albo po prostu jestem za głupia. Dobra. Czyli to moja wina. Jednak po wszystkich książkach tej kobiety, jakie przeczytałam, mogę śmiało powiedzieć, że dobór aktorów do ról byłby trudniejszy niż by się wydawało. Dlaczego? Ano dlatego, że jak obejrzałam kawałek serialu, czy raczej mini serialu, na podstawie tej książki, miałam wrażenie, że mnie ktoś wepchnął do tartaku. PANIE TYLE DRZEWNA!  Ale znowu odbiegłam od tematu…

 
Auburn Reed jest zdeterminowana by odbudować swoje roztrzaskane życie i w jej planie nie ma miejsca na pomyłki. Jednak kiedy przekracza próg Dallas art studio w poszukiwaniu pracy, nie spodziewa się, że coś będzie ją przyciągało do artysty, który pracuje w tym studiu, bardzo enigmatycznego, Owena Gentry.
Jak raz, Auburn decyduje się na podjęcie ryzyka i narażenie się na kolejny ból, tylko po co by odkryć, że Owen ma ogromny sekret. Sekret, którego odkrycie może zniszczyć wszystko, co Auburn kocha najbardziej, a jedynym sposobem na to by jej życie wróciło na właściwy tor, jest odcięcie się zupełnie od Owena. Pytanie tylko czy jest w stanie to zrobić?

 

Spodziewałam się wielkiego bum, jakiegoś dramatu pokroju Hopeless czy Losing Hope, ale dostałam jakieś takie przeciętne romansidło z oczywistym zakończeniem. Zanim się rzucicie na mnie z nożami do chleba czy innymi naostrzonymi kłami, nie napisałam, że ta książka jest zła. Czy była. Chodzi o to, że spodziewałam się czegoś więcej. Jakiegoś ogromnego, wielkiego dramatu, który miał mną wstrząsnąć jak wybuch Wezuwiusza, kiedy przykrył Pompeje warstwą pyłu wulkanicznego.

 

Tymczasem całość była po prostu okay. Wprawdzie główna bohaterka była jakąś amebą, która doprowadzała mnie do szewskiej pasji, kiedy usiłowała się dokopać do sekretów Owena, a potem zaczęła panikować. Poważnie. Sam Owen nie był zły, ale też nie jakoś wybitny. Nadal bardziej podobało mi się It Ends With Us, które mnie rozwaliło i zastanawiałam się jak żyć, bo nawet premier nie chciała odpowiedzieć.

 
Ostatecznie jest na co czekać, bo wiem, że są czytelniczki, które nie będą mogły się pozbierać po Confess i po jego zakończeniu. Jednocześnie mocno odradzam oglądanie mini serialu, bo można trafić na onkologię. Nie polecam. *I napisał to hasacz, który nie ogląda seriali*.

 

 

Jamie, mah boy, thanks for the book. You’re the man!

 

Hasacz.

 

Marie Brennan „Historia naturalna smoków”. Tolkien byłby zachwycony.

historia-naturalna-smokow-b-iext47365608Tytuł: Historia naturalna smoków
Autor: Marie Brennan
Ilość stron: 357
Wydawnictwo: Zysk i ska

 

Widzisz tytuł i myślisz: łoborze, znowu patałach wymyślił sobie jakąś historyjkę o swoim ulubionym autorze…co teraz zmyśliła? Ano nie zmyśliłam niczego. Wyjaśnieniem i dygresją będzie to, że warto oglądać bonusy na DVD, które dodawane są do rozszerzonych edycji takich filmów jak Władca Pierścieni i Hobbit ( cała trylogia w obu przypadkach ). Jestem bardziej niż pewna, że Tolkien nie spodziewał się takiego obrotu sprawy w swoim przypadku, ale są ludzie, którzy studiują języki stworzone przez niego, świat Śródziemia i nie tylko. Dzięki takiemu bonusowemu materiałowi, załączonemu do DVD filmu The Hobbit: The Desolation of Smaug ( które trwa pięć godzin :D” ), można się dowiedzieć między innymi, dlaczego to Tolkien ponownie wplótł smoki do literatury współczesnej. Był nimi zafascynowany od dziecka. Dobra wiadomość jest taka, że materiał jest dostępny w pełnej długości na YouTube ( klik ).

 

A skoro już wyjaśniłam o co chodzi, przejdę płynnie do tego co co ta Historia naturalna smoków jest. Niezależnie jak beznadziejny jest mój polski.
Po pierwsze tak naprawdę książka nie jest naukowym bełkotem, a historią kobiety, która wyłamała się przed szereg cynicznych uczonych, którzy utrzymywali, że temat smoków to tabu, a kobieta to już w ogóle nie powinna się zajmować niczym takim. Bo jak to tak?
Historia opowiada o całej drodze, którą lady Izabela Trent musiała pokonać by stać się szanowaną panią od smoków. To historia spisana jej własnymi słowami, o ryzyku, stracie, miłości zarówno do mężczyzny jak i smoków.

 
Początkowo miałam dziwne skojarzenia ze Skłodowską- Curie, która z jednej strony beznadziejnie zakochała się w możnym paniczu, z którym nie mogła być, a potem i tak wyszła za Piotra Curie i rzekomo kochała go jeszcze bardziej ( według biografii, którą kiedyś czytałam na potrzeby napisania pracy – nie pytajcie ). Tutaj miałam wrażenie, że kobieta chce poświęcić życie nie tylko swoje, ale i ukochanego dla smoków, mimo przeciwności losu, które rzucały się jej pod nogi, jako te kłody.

 
Sama książka to naprawdę świetnie napisana powieść, trochę na kształt autobiografii, będącą historią sławnej badaczki smoków. Wprawdzie nie moją bajką jest narracja w pierwszej osobie i poświęcanie nie jednego życia na cele naukowe, ale wiadomo – ja jestem tylko hasaczem, który nie zna żadnego języka, jest pusty, a o znajomości życia już nie mówiąc.

 

Całość książki to kawał porządnej literatury fantasy, którą bardzo gorąco polecam i uwaga – to jest seria. Przynajmniej pięciotomowa. Nie wiem czy autorka nadal coś w tym kierunku pisze, ale wiem, że na goodreads nadal widnieje od niej MULTUM tytułów w tej serii. Zatem trzeba czekać.

 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Zysk i ska.

 

 

Hasacz.